Odepchnął mnie od siebie i odsunął się o jakiś metr. Spuścił głowę, ale ja ciągle na niego patrzyłam. Dlaczego przerwał coś tak pieknego? - myślałam, nie mogąc uwierzyć, że przed chwilą się całowaliśmy. Szepnął tylko przepraszam. Było niedosłyszalne, choć i tak je usłyszałam.
- Możemy o tym zapomnieć? - zapytał mnie Zayn. - Ja naprawdę cię przepraszam, nie wiedziałem jak cię zatrzymać i...
- Nie ma sprawy - przerwałam mu. - Po prostu o tym zapomnijmy, tak będzie najlepiej.
Staliśmy jeszcze chwilę w ciszy niewiedząc co powiedzieć.
- To idziemy do mnie, tak? - chciałam wiedzieć. Chłopak momentalnie się wyprostował i posłał mi uśmiech.
- Oczywiście - dodał i ruszył przed siebie, a ja obok niego. Szliśmy, rozmawiając o muzyce jakiej lubimy słuchać, o filmach, jakie lubimy oglądać i oczywiście o jedzeniu.
- Wiesz, że twoje poglądy na temat jedzenia są całkowicie odmienne od poglądów Nialla? On mógłby jeść wszystko o każdej porze dnia i nocy.
- Niezbyt uśmiecha mi się jedzenie słodyczy na śniadanie, jeśli o to ci chodzi. - Uśmiechnęłam się do niego, a on zrobił to samo. - Jesteśmy na miejscu.
Znów staliśmy na moim ganku, tuż przed drzwiami na których widniał napis "Thompsonowie". W prawdzie to nazwisko mojej matki, moje to Collins, ale Karen nie chciała umieszczać dwóch, żeby ludzie nie zadawali zbędnych pytań.
Weszliśmy do środka, ściągnęliśmy buty, Zaynowi wskazałam salon, sama kierując się do łazienki na piętrze.
- Nikogo nie ma?! - krzyknął, żebym usłyszała.
- Nikogo! - odpowiedziałam. -Żadnej żywej duszy - dodałam pod nosem.
Umyłam ręce i zeszłam na dół do kuchni.
- Chcesz coś do jedzenia, picia? - zapytałam odwracając się do chłopaka. Zauważyłam, że w najlepsze zajadał się chipsami. W sumie to lepiej, przynajmniej nie pójdą mi w biodra, no nie?
- Widzę, że samoobsługa. Więc jak chcesz coś, to po prostu idź sobie to weź, ok?
- Pewka! - odparł zadowolony. - Usiadłam obok niego na kanapie starając się zorientować co ogląda. Jakaś bajka. Tylko jaka?
- Co to? - spytałam wskazując na odbiornik.
- Simpsonowie. Nie mów, że nie znasz - spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakbym była conajmniej głupia.
- No nie znam. Nigdy nie miałam czasu na oglądanie telewizji - stwierdziłam.
- Więc nie gadaj i patrz.
Oglądnęłam może jakieś dwie minuty i już nie mogłam. Zayn siedział obok i co chwilę wybuchał tak nieopanowanym śmiechem, że to aż niemożliwe. Nie wiem jak długo już u mnie był, ale widzieliśmy jeszcze jakieś pięć filmów. Poszły trzy paczki popcornu, dwa pudełka lodów i cztery litry coli. To były zapasy na chyba cały miesiąc a zniknęły w przeciągu niecałego dnia. Nawet nie wiem w którym momencie leżałam na jego kolanach, śmiejąc się z historii, które mi opowiadał.
Biegłam. Biegłam ile sił w nogach. Nie mogłam przestać, bo mógł mnie dogonić. Na pewno nie byłoby dobrze dać się złapać. Druga strona Londynu. Zachmurzone niebo, ciężkie powietrze. Zdyszana zakręciłam za blokiem wbiegajać w krzaki. Muszę się uspokoić. Przecież zaraz mnie znajdzie. Odwróciłam się. Ubłocone buty, brudne spodnie, koszulka. To chyba...
- Fay. Fay, obudź się. - Ktoś głaskał mnie po twarzy delikatnie mną potrząsając. Zupełnie inaczej niż w śnie. - Fay, to tylko zły sen.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam zmartwionego Zayna.
- Co się stało? - zapytałam podnosząc się z jego kolan.
- Coś ci się musiało śnić, bo krzyczałaś, że mam cię puścić i rzucałaś się na boki. - Zmarszczył czoło i patrzył mi się w oczy z taką troską.
- Która godzina? - Chciałam wiedzieć. Zobaczyłam, że za oknem było już całkiem ciemno.
- Dochodzi druga w nocy. Przepraszam, ale nie chciałem cię budzić, a zasnęłaś mi na kolanach. Ja też się chwilę zdrzemnąłem. Już lecę. - Wstał z kanapy i skierował się do wyjścia.
- Zayn... - zaczęłam wstając. - Wiesz, jest już późno, a w metrze o tej porze jest trochę niebezpiecznie. Możesz zostać, jeśli chcesz. - Powiedziałam, a on odwrócił się do mnie twarzą i spojrzał mi w oczy. - Robbie zostawał ile chciał. - Dodałam, a oczy mi się zaszkliły. Podszedł do mnie.
- Nie mógłbym zostać, twoja mama może przecież przyjść w każdej chwili i..
- Nie przyjdzie - przerwałam mu. - Przyjechała tylko po to, żeby mi powiedzieć, że się zaręczyła i chce, żebym z nią wyjechała do Pragi. - dodałam smutno.
- I wyjeżdżasz? - zapytał podnąsząc dłonią mój podbródek, tak żebym mogła spojrzeć mu w oczy.
- Nie. Moje życie toczy się tutaj i nie chcę być nigdzie indziej. - Odwróciłam się od niego i ponownie usiadłam na kanapie. - Tym bardziej, że Robbie ze mną zerwał. Nie mam zamiaru spotkać go gdzieś w Europie podróżując z nowym ojczymem. - Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Zayn podszedł i uklęknął przede mną.
- Hej.. - szepnął. - Nie płacz. Nie warto. - Przytulił mnie. Tak, tym razem przytulił mnie, a nie wtulił się we mnie. Chyba dobrze mi to zrobiło, bo momentalnie przestałam płakać. Mógłby to robić codziennie. A sweter, który miał na sobie tak ładnie pachniał... Ziewnęłam.
- Oho! Komuś chce się spać - powiedział delikatnie odsuwając mnie od siebie. - Lepiej idź już się położyć bo jutro nie wstaniesz.
Podniosłam się i poszłam na górę. Weszłam do swojego pokoju i zorientowałam się, że nie dałam Zaynowi pościeli. Poszłam do garderoby, która znajdowała się po drugiej stonie korytarza na piętrze. Ściągnęłam świeże okrycie i poduszkę, złożyłam je razem i zeszłam na dół. Zobaczyłam chłopaka, który spał słodko na kanapie. Przykryłam go kołdrą, a pod głowę najdelikatniej jak mogłam włożyłam poduszkę. Obraz śpiącego Zayna był najsłodszym widokiem w moim życiu.
poniedziałek, 13 lutego 2012
piątek, 10 lutego 2012
Ocho
Przepychanki i spuszczanie sobie lania było naszym ulubiony zajęciem. Nie braliśmy tego do siebie. Ale niektórzy nie mogli tego chyba pojąć. Ale nie o to chodzi. Zaczęliśmy się dogadywać dzień po tym incydencie pod hotelem. Przy poprawkach wywiadu, następnego popołudnia, powiedziała nam smutną wiadomość.
Tamtego dnia weszła do redakcji markotna i cicha, co po wydarzeniach z poprzedniego 'przesłuchania' wydawało się conajmniej dziwne.
- Cześć wszystkim - powiedziała dziewczyna nieco przyciszonym głosem. Rzuciła torbę pod biurko znajdujące się po drugiej stronie pomieszczenia i usiadła na fotelu. Oparła głowę na dłoniach i wpatrywała się tępo w drzwi.
- Zaczynamy? - zapytał się zniecierpliwiony Niall. - Jestem głodny. - dodał.
- Na parterze, po lewej stronie, zaraz za recepcją jest automat z jedzeniem. Skocz sobie coś kupić, bo trochę tu jeszcze posiedzisz. - Odpowiedziała Fay, nie patrząc nawet na Irlandczyka. Ten momentalnie podniósł się z kanapy i pobiegł do drzwi. Otworzył je, ale zaraz odwrócił się do Liama i rzekł:
- Zarzuć jakimś drobniakiem, bo nie wziąłem portfela - robiąc przy tym minę biednego pieska.
- Masz tu £5 i zaraz wracaj. Jesteś przecież potrzebny! - poinstruował go tatuś zespołu i spojrzał na dziennikarę, która odpłynęła dokądś myślami.
- Ziemia do Fay - powiedział Louis i pomachał jej przed twarzą, a ona momentalnie się wyprostowała.
- No to zaczynamy, tak? - zapytała.
- Przecież nie ma Nialla. - odparł zirytowany Harry. - Co się wogóle z tobą dzisiaj dzieje? Wczoraj o mało wszystkich nie pozabijałaś, a dzisiaj bujasz w obłokach.
- Sprawy rodzinne - odpowiedziała i ukryła twarz w dłoniach przecierając oczy. Była chyba dwunasta w południe, a ona wydawała się zaspana. Musiała mieć ciężką noc. Bardzo chciałem wiedzieć co się wydarzyło, ale darliśmy koty więc wolałem nie podejmować tematu. Podczas ostatniego spotkania pod hotelem nie było aż tak źle, ale nie było też super-pięknie. Można powiedzieć, że nasze relacje wtedy były na neutralnym poziomie. Wyraźnie nie chciała się kłócić. Tak więc po wytłumaczeniu jej tej durnej zabawy, jaką były nasze ulubione przepychanki na hotelowych trawnikach odwieźliśmy ją do domu. Przez całą drogę nie odezwała się słowem, więc coś musiało być na rzeczy. Wychodząc podziękowała za podwózkę i ruszyła do drzwi wejściowych, chwilę później znikając za nimi.
W końcu przyszedł Niall i rozpoczęliśmy poprawki. Zajęło nam to mniej więcej dwie godziny, plus przerwy na wyjścia do toalety. Nie którzy gubili się po drodze do niej, więc nie była to najbardziej profesjonalna praca.
Gdy byliśmy już wolni, chłopacy z pośpiechem wybiegli z budynku, nie wiadomo dlaczego, kierując się do metra. Nie chciało mi się jeszcze wracać do hotelu i musiałem porozmawiać z Fay...
- Zaczekaj! - krzyknąłem do dziewczyny, czując się jakby historia się powtarzała.
- O co chodzi? - zapytała niepewnie. Na jej twarzy nie były wypisane żadne uczucia.
- Chciałbym z tobą chwilę porozmawiać - powiedziałem, mając nadzieję, że mnie nie spławi i że nasza przechadzka nie skończy się tak jak ostatnio. - Co się stało? To chyba nie przez nas, huh? Bo jeżeli cię obraziliśmy to bardzo przepraszam.
- Nic się nie stało. Nie wiem dlaczego wciąż mnie o to pytacie. - Chyba zaczynała się denerwować, a to zazwyczaj nie wróżyło dobrze.
- Poprostu pomyślałem, że zapytam, czy coś się nie stało i czy czegoś nie potrzebujesz. Taka tam, koleżeńska przysługa. Rozumiesz? - dodałem, starając się panować nad głosem, żeby nie zabrzmiał żałośnie, czy coś.
- Naprawdę nic się nie stało. Ale jeśli nie masz co robić, zawsze możesz mnie odprowadzić... - powiedziała nawet na mnie nie patrząc. - Jeśli nie będziesz starał się mnie pocałować, tak jak ostatnio - dodała spuszczając głowę i delikatnie się uśmiechając.
- Więc ruszajmy! - krzyknąłem, chyba za głośno, a ona zaczęła iść. Zostałem chwilę z tyłu zdziwiony, że mówiła na serio, ale zaraz do niej podbiegłem i szliśmy ramię w ramię oddaleni od siebie o metr. Tak, bezpieczny metr, żebym nie miał powodu do pocałowania jej. Ale czy ja tak naprawdę chciałem to zrobić? Nie wiem. Jakaś część mówiła mi, że nie byłoby to dobrym rozwiązaniem, a inna pragnęła tego tak bardzo... Cholera. Nie mogę jej tego zrobić. Przecież ona nadal wierzy w tą bajeczkę o Anie.
- Ostatnim razem jak tak szliśmy - zacząłem niepewnie - ty mówiłaś o sobie. Tak więc teraz moja kolej. Co ty na to?
- To będzie interesujące - odparła i w końcu na mnie spojrzała. Uśmiechnęła się, a mnie przeszedł przyjemny dreszcz wraz z z ukłuciem w sercu. Co się ze mną dzieje?!
- Tak więc... Pochodzę z East Bowling w Bradford. Jestem w twoim wieku, co jest nieco dziwne, bo nie czuję się dorośle. Od małego lubiałem być w centrum uwagi i chyba już mi tak zostało - powiedziałem i zacząłem się dziwnie śmiać. Gdy ona prychnęła przestałem i kontynuowałem. - Wiesz, że gdybym nie był w zespole, pewnie uczyłbym się na nauczyciela angielskiego? To trochę śmieszne, ale chciałbym także być aktorem. Myślisz, że miałbym jakieś szanse? - spytałem Fay, próbując wciągnąć ją trochę do rozmowy, która była moim monologiem.
- Tak, myślę, że nawet jeśli twoje zdolności aktorskie byłyby równe zeru, nadrobiłbyś to wyglądem. - Zaczęła się chichrać. To nie był śmiech, to był jakiś dziwnie zduszony chichot, który był w pewnym sensie uroczy. Też zacząłem się śmiać. Łzy zaczęły spływać mi po policzkach, więc szybko wytarłem oczy i zauważyłem, że ona zrobiła to samo.
- A ty, gdybyś nie była dziennikarką, kim byś została? - wyciągnąłem paczkę papierosów i zapalniczkę z kieszeni dżinsów. Kiedy paliłem rozluźniałem się, a tego brakowało mi podczas rozmowy z Fay. Rozluźnienia.
- Wiesz, myślałam, że dzisiaj rozmawiamy o tobie.
- Chyba się nie wstydzisz, co? - chciałem wiedzieć.
- No coś ty. Zawsze chciałam być księżniczką. Jak każda mała dziewczynka. Ale niestety, w moich żyłach nie płynie błękitna krew. Cóż za strata. - zrobiła smutną minę, po czym znów zaczęła się śmiać. Zaciągnąłęm się i wypuściłem dym w drugą stronę, żeby nie musiała go wdychać. Nagle się zatrzymała. Nie zorienowałem się w porę i przeszedłem jeszcze kawałek i odwróciłem się. Podeszła do mnie z miną, która mówiła, że nie ma już zamiaru się śmiać. Podniosłem rękę do ust, żeby znów się zaciągnąć, ale ona momentalnie wyciągnęła mi go z ręki i zrobiła to za mnie. Zaczęła się krztusić i kaszleć po czym zrzuciła niedopaloną fajkę na chodnik i zdeptała ją wgniatając brutalnie w ziemię. Chciało mi się śmiać widząc jak nie umie złapać tchu.
- Oddychaj - podszedłem do niej i delikatnie zacząłem ją klepać po plecach. - Czy wiesz, że to był mój ostatni papieros z tej paczki? - zapytałem, gdy już odzyskała dech.
- Gówno mnie to obchodzi! - krzyknęła mi prosto w twarz. Oho! Zaczynało się. To był zły sygnał. - Nie będziesz przy mnie palił!
- To po co się zaciągałaś?! - zdenerwowałem się. - Trzeba było odrazu go zdeptać i nie byłoby problemu!
- Nie byłoby problemu?! Problemami są uzależnienia, a jakbyś nie wiedział to cię poinformuję. Papierosy zabijają! - Zaczęła żywo gestykulować dłońmi i coraz bardziej się do mnie przybliżać. Uderzała mnie raz po raz w klatkę piersiową, nawet sobie nie zdając z tego sprawy. A mnie za każdym razem przechodziły ciarki. Chyba tego nie wytrzymam. Po prostu nie mogę. Nie słyszałem już co do mnie krzyczy. Przekleństwa leciały długą wiązanką, ale nie potrafiłem zrozumieć jakie. Szybkim ruchem złapałem za jej nadgarstki i przyciągnąłem ją do siebie, na tyle, ile to było możliwe i pocałowałem. Tak, zrobiłem to. Długi, namiętny i pełen uczucia pocałunek. Nie chciałem sie od niej odrywać i jak widać, ona ode mnie też. Staliśmy na tym chodniku jak zaklęci i po prostu się całowaliśmy. Nie wiem ile minęło, gdy wkońcu przestałem, odsuwając się od niej o krok.
- Przepraszam - powiedziałem, spuszczając głowę.
***
Ta końcówka mi się osobiście nie podoba, ale wyszło co wyszło. w następnym rozdziale będzie podana ta 'przykra wiadomość' żeby nie było niedomówień.
I jeśli przeczytałeś, zostaw komentarz, nawet jeżeli ci się nie podobało ;)
dziękuję za uwagę ;D i miłego czytania ;)
Tamtego dnia weszła do redakcji markotna i cicha, co po wydarzeniach z poprzedniego 'przesłuchania' wydawało się conajmniej dziwne.
- Cześć wszystkim - powiedziała dziewczyna nieco przyciszonym głosem. Rzuciła torbę pod biurko znajdujące się po drugiej stronie pomieszczenia i usiadła na fotelu. Oparła głowę na dłoniach i wpatrywała się tępo w drzwi.
- Zaczynamy? - zapytał się zniecierpliwiony Niall. - Jestem głodny. - dodał.
- Na parterze, po lewej stronie, zaraz za recepcją jest automat z jedzeniem. Skocz sobie coś kupić, bo trochę tu jeszcze posiedzisz. - Odpowiedziała Fay, nie patrząc nawet na Irlandczyka. Ten momentalnie podniósł się z kanapy i pobiegł do drzwi. Otworzył je, ale zaraz odwrócił się do Liama i rzekł:
- Zarzuć jakimś drobniakiem, bo nie wziąłem portfela - robiąc przy tym minę biednego pieska.
- Masz tu £5 i zaraz wracaj. Jesteś przecież potrzebny! - poinstruował go tatuś zespołu i spojrzał na dziennikarę, która odpłynęła dokądś myślami.
- Ziemia do Fay - powiedział Louis i pomachał jej przed twarzą, a ona momentalnie się wyprostowała.
- No to zaczynamy, tak? - zapytała.
- Przecież nie ma Nialla. - odparł zirytowany Harry. - Co się wogóle z tobą dzisiaj dzieje? Wczoraj o mało wszystkich nie pozabijałaś, a dzisiaj bujasz w obłokach.
- Sprawy rodzinne - odpowiedziała i ukryła twarz w dłoniach przecierając oczy. Była chyba dwunasta w południe, a ona wydawała się zaspana. Musiała mieć ciężką noc. Bardzo chciałem wiedzieć co się wydarzyło, ale darliśmy koty więc wolałem nie podejmować tematu. Podczas ostatniego spotkania pod hotelem nie było aż tak źle, ale nie było też super-pięknie. Można powiedzieć, że nasze relacje wtedy były na neutralnym poziomie. Wyraźnie nie chciała się kłócić. Tak więc po wytłumaczeniu jej tej durnej zabawy, jaką były nasze ulubione przepychanki na hotelowych trawnikach odwieźliśmy ją do domu. Przez całą drogę nie odezwała się słowem, więc coś musiało być na rzeczy. Wychodząc podziękowała za podwózkę i ruszyła do drzwi wejściowych, chwilę później znikając za nimi.
W końcu przyszedł Niall i rozpoczęliśmy poprawki. Zajęło nam to mniej więcej dwie godziny, plus przerwy na wyjścia do toalety. Nie którzy gubili się po drodze do niej, więc nie była to najbardziej profesjonalna praca.
Gdy byliśmy już wolni, chłopacy z pośpiechem wybiegli z budynku, nie wiadomo dlaczego, kierując się do metra. Nie chciało mi się jeszcze wracać do hotelu i musiałem porozmawiać z Fay...
- Zaczekaj! - krzyknąłem do dziewczyny, czując się jakby historia się powtarzała.
- O co chodzi? - zapytała niepewnie. Na jej twarzy nie były wypisane żadne uczucia.
- Chciałbym z tobą chwilę porozmawiać - powiedziałem, mając nadzieję, że mnie nie spławi i że nasza przechadzka nie skończy się tak jak ostatnio. - Co się stało? To chyba nie przez nas, huh? Bo jeżeli cię obraziliśmy to bardzo przepraszam.
- Nic się nie stało. Nie wiem dlaczego wciąż mnie o to pytacie. - Chyba zaczynała się denerwować, a to zazwyczaj nie wróżyło dobrze.
- Poprostu pomyślałem, że zapytam, czy coś się nie stało i czy czegoś nie potrzebujesz. Taka tam, koleżeńska przysługa. Rozumiesz? - dodałem, starając się panować nad głosem, żeby nie zabrzmiał żałośnie, czy coś.
- Naprawdę nic się nie stało. Ale jeśli nie masz co robić, zawsze możesz mnie odprowadzić... - powiedziała nawet na mnie nie patrząc. - Jeśli nie będziesz starał się mnie pocałować, tak jak ostatnio - dodała spuszczając głowę i delikatnie się uśmiechając.
- Więc ruszajmy! - krzyknąłem, chyba za głośno, a ona zaczęła iść. Zostałem chwilę z tyłu zdziwiony, że mówiła na serio, ale zaraz do niej podbiegłem i szliśmy ramię w ramię oddaleni od siebie o metr. Tak, bezpieczny metr, żebym nie miał powodu do pocałowania jej. Ale czy ja tak naprawdę chciałem to zrobić? Nie wiem. Jakaś część mówiła mi, że nie byłoby to dobrym rozwiązaniem, a inna pragnęła tego tak bardzo... Cholera. Nie mogę jej tego zrobić. Przecież ona nadal wierzy w tą bajeczkę o Anie.
- Ostatnim razem jak tak szliśmy - zacząłem niepewnie - ty mówiłaś o sobie. Tak więc teraz moja kolej. Co ty na to?
- To będzie interesujące - odparła i w końcu na mnie spojrzała. Uśmiechnęła się, a mnie przeszedł przyjemny dreszcz wraz z z ukłuciem w sercu. Co się ze mną dzieje?!
- Tak więc... Pochodzę z East Bowling w Bradford. Jestem w twoim wieku, co jest nieco dziwne, bo nie czuję się dorośle. Od małego lubiałem być w centrum uwagi i chyba już mi tak zostało - powiedziałem i zacząłem się dziwnie śmiać. Gdy ona prychnęła przestałem i kontynuowałem. - Wiesz, że gdybym nie był w zespole, pewnie uczyłbym się na nauczyciela angielskiego? To trochę śmieszne, ale chciałbym także być aktorem. Myślisz, że miałbym jakieś szanse? - spytałem Fay, próbując wciągnąć ją trochę do rozmowy, która była moim monologiem.
- Tak, myślę, że nawet jeśli twoje zdolności aktorskie byłyby równe zeru, nadrobiłbyś to wyglądem. - Zaczęła się chichrać. To nie był śmiech, to był jakiś dziwnie zduszony chichot, który był w pewnym sensie uroczy. Też zacząłem się śmiać. Łzy zaczęły spływać mi po policzkach, więc szybko wytarłem oczy i zauważyłem, że ona zrobiła to samo.
- A ty, gdybyś nie była dziennikarką, kim byś została? - wyciągnąłem paczkę papierosów i zapalniczkę z kieszeni dżinsów. Kiedy paliłem rozluźniałem się, a tego brakowało mi podczas rozmowy z Fay. Rozluźnienia.
- Wiesz, myślałam, że dzisiaj rozmawiamy o tobie.
- Chyba się nie wstydzisz, co? - chciałem wiedzieć.
- No coś ty. Zawsze chciałam być księżniczką. Jak każda mała dziewczynka. Ale niestety, w moich żyłach nie płynie błękitna krew. Cóż za strata. - zrobiła smutną minę, po czym znów zaczęła się śmiać. Zaciągnąłęm się i wypuściłem dym w drugą stronę, żeby nie musiała go wdychać. Nagle się zatrzymała. Nie zorienowałem się w porę i przeszedłem jeszcze kawałek i odwróciłem się. Podeszła do mnie z miną, która mówiła, że nie ma już zamiaru się śmiać. Podniosłem rękę do ust, żeby znów się zaciągnąć, ale ona momentalnie wyciągnęła mi go z ręki i zrobiła to za mnie. Zaczęła się krztusić i kaszleć po czym zrzuciła niedopaloną fajkę na chodnik i zdeptała ją wgniatając brutalnie w ziemię. Chciało mi się śmiać widząc jak nie umie złapać tchu.
- Oddychaj - podszedłem do niej i delikatnie zacząłem ją klepać po plecach. - Czy wiesz, że to był mój ostatni papieros z tej paczki? - zapytałem, gdy już odzyskała dech.
- Gówno mnie to obchodzi! - krzyknęła mi prosto w twarz. Oho! Zaczynało się. To był zły sygnał. - Nie będziesz przy mnie palił!
- To po co się zaciągałaś?! - zdenerwowałem się. - Trzeba było odrazu go zdeptać i nie byłoby problemu!
- Nie byłoby problemu?! Problemami są uzależnienia, a jakbyś nie wiedział to cię poinformuję. Papierosy zabijają! - Zaczęła żywo gestykulować dłońmi i coraz bardziej się do mnie przybliżać. Uderzała mnie raz po raz w klatkę piersiową, nawet sobie nie zdając z tego sprawy. A mnie za każdym razem przechodziły ciarki. Chyba tego nie wytrzymam. Po prostu nie mogę. Nie słyszałem już co do mnie krzyczy. Przekleństwa leciały długą wiązanką, ale nie potrafiłem zrozumieć jakie. Szybkim ruchem złapałem za jej nadgarstki i przyciągnąłem ją do siebie, na tyle, ile to było możliwe i pocałowałem. Tak, zrobiłem to. Długi, namiętny i pełen uczucia pocałunek. Nie chciałem sie od niej odrywać i jak widać, ona ode mnie też. Staliśmy na tym chodniku jak zaklęci i po prostu się całowaliśmy. Nie wiem ile minęło, gdy wkońcu przestałem, odsuwając się od niej o krok.
- Przepraszam - powiedziałem, spuszczając głowę.
***
Ta końcówka mi się osobiście nie podoba, ale wyszło co wyszło. w następnym rozdziale będzie podana ta 'przykra wiadomość' żeby nie było niedomówień.
I jeśli przeczytałeś, zostaw komentarz, nawet jeżeli ci się nie podobało ;)
dziękuję za uwagę ;D i miłego czytania ;)
wtorek, 31 stycznia 2012
Seven
Tak, znów kogoś okłamała. Tym razem byli to szanowni panowie gwiazdorzy. Robiła to dość często, a zawsze wtedy, gdy nie chciała mówić ludziom, że jest młodą matką. Przecież nikt nie musiał wiedzieć, że urodziła mając siedemnaście lat. Dziś trzydziestosześcio-letnia Karen wyjeżdżała co jakiś czas na 'delegacje', zostawiając mnie w domu. Mieszkałam sama przez większość część roku, mając własną matkę głęboko w dupie. W redakcji zarabiałam wystarczająco dużo, żeby starczyło mi na wyżywienie, pare nowych ciuszków, a do tego dochodziły jeszcze alimenty od ojca, które odkładałam na czarną godzinę. Trochę się już nazbierało na koncie.
Wywiad poszedł sprawnie, a chłopcy nie stawiali oporu. Wydaje mi się, że odpowiadali szczerze, ale co do tego, nie mogę być pewna. Po skończonej pracy pojechaliśmy z Robbiem i mamą do domu. Nie przepadała za moim chłopakiem, ale nie miała nic do gadania. Adams będzie u nas mieszkał jak długo będzie mu się podobało. W końcu Karen za kilka dni znowu wyjedzie, nie wiadomo dokąd, i wróci za miesiąc, może dwa.
Weszliśmy do środka i od razu skierowałam się do łazienki. Nie myśląć o tym co robię zaczęłam nerwowo myć ręce i twarz. Wyszłam i poszłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko. Dlaczego jestem takim mięczakiem i zaczęłam płakać? Nie mam zielonego pojęcia. Ale jedno wiem na pewno. Nie pozwolę na kontrolowanie się przez kogokolwiek. Ani przez matkę, ani przez Robbiego, a tym bardzieć przez jakiegoś drugorzędnego 'piosenkarza'
- Fay - usłyszałam głos Karen - chyba nie masz zamiaru siedzieć tam przez cały dzień? - rozległo się pukanie do drzwi, po czym weszła do mojego sanktuarium. Przysiadła na rogu łóżka delikatnie głaszcząc mnie po plecach. - Dlaczego jesteś na mnie zła? Staram się jak najbardziej mogę, żeby żyło nam się dobrze, a ty to utrudniasz.
- Teraz to moja wina, tak? - usiadłam zdenerwowana. - Nigdy nie ma cię w domu, ale to ja wszystko utrudniam?! - nie wytrzymałam. - Muszę pracować, żeby mieć co jeść - kłamałam - bo nigdy grosza nie zostawiłaś. Gdyby nie alimenty, nie miałabym czasem co do garka włożyć. - Łzy zaczęły spływać mi strumieniami po policzkach. Nie miałam ochoty znów się kłócić. Nie znoszę tego uczucia przegranej.
- Jak długo Robbie ma zamiar tu mieszkać? - chciała wiedzieć matka.
- Teraz on ci przeszkadza? Nie potrafisz się pogodzić, że jest moim chłopakiem? Od zawsze nim był, ale ty nigdy go nie lubiłaś! Dlaczego?! Dlaczego musisz mi to robić, za każdym razem, kiedy się widzimy?! - rozryczałam się na dobre. Jest w Londynie od dobrych dwóch godzin, a ja już chcę, żeby sobie pojechała. Nie znoszę jej! Nie znoszę! Niech umrze!
Wstałam szybko z łóżka, wziełam bluzę, torebkę i wyszłam. Miałam tego wszystkiego po uszy. Skoro Robbie najprawdopodobniej miał być kiedyś zięciem mojej matki, to niech w końcu znajdzie z nią wspólny język. Może go wreszcie polubi.
Ruszyłam wzdłuż głównej ulicy nie wiedząc dokąd zmierzam. Szłam bez celu, byle tylko oderwać się od tego koszmaru. Jakie szczęście, że wzięłam portfel- pomyślałam. Weszłam do McDonald'a żeby zamówić coś do żarcia. Wychodząc popijałam już colę, którą trzymałam w jednej ręce, a w drugiej zawinięty lunch. Wielkim plusem jedzenia w Mac'u było to, że nigdy nie płaciłam dużo. I było dobre.
Dalej szłam, tam gdzie mnie nogi poniosą. Weszłam do metra i przejechałam może ze dwa przystanki. Wysiadłam i przed moimi oczami ukazał się najpiękniejszy budynek mieszkalny, jaki kiedykolwiek widziałam w Londynie. Prawdopodobnie był to hotel. Przeszłam przez ulicę i położyłam się na ławce tuż przed wejściem. Niebo było przejrzyste jak nigdy. Rozkoszowałam się jego widokiem, jego odcieniem i myślałam, jakby to było mieszkać z ojcem, nie znać Robbiego, nie być dziennikarką. Może byłabym całkiem kimś innym? Może stałabym się jakąś zrzędą, albo co gorsza lalunią. A może egoistką, dbającą tylko o siebie? Nie. Takiej myśli nie mogłam dopuścić do głosu. Cieszę się, że nie jestem inna i nie zmieniałabym swojego charakteru. Zaś w moim wyglądzie wprowadziłabym dużo poprawek. Na pewno wolałabym być blondynką. Faceci lecą na blondynki! I zdecydowanie wolałabym mieć ciemne, brązowe oczy, zamiast tych paskudnych zielonych. A może tak skuszę się na małą zmianę? - pomyślałam. Coś buntowniczego, ale za razem niezbyt wyzywającego. I wtedy wpadł mi świetny pomysł do głowy. Od zawsze chciałam mieć kolczyka w chrząstce ucha. W końcu jestem pełnoletnia, a mama nawet nie zauważy, bo nic ją nie interesuje. Wstałam z ławki i złapałam pierwszą taksówkę dokańczając ostatniego hamburgera. Wsiadłam do auta i powiedziałam mężczyźnie, żeby zawiózł mnie do najbliższego salonu piercingu.
- Ale ja nie wiem, gdzie jest jakiś salon, panienko - odpowiedział kierowca.
- Niech pan jedzie powoli, a ja będę się rozglądała, dobrze? - zapytałam. Zgodził się i ruszyliśmy. Nie mineło dziesięć minut, gdy ujrzałam wielki szyld oznajmujący, że tutaj można zrobić tatuaż lub przebić jakąś część ciała. Poprosiłam mężczyznę o zatrzymanie się, zapłaciłam i udałam się w stronę salonu. Weszłam do niego i nie czekając ani chwili oznajmiłam kobiecie za ladą, że życzę sobie przebić lewe ucho. Wskazałam odpowiednie miejsce, a ona kazała mi usiąść na fotelu i zabrała się do roboty. Po dwudziestu minutach wyszłam ze świeżą dziurką, w której znajdował się już kolczyk leczniczy. Postanowiłam, że tym razem na nogach przejdę się w stronę miejsca moich poprzednich rozmyślań i narodzenia się tego pięknego pomysłu. Byłam tak podekscytowana zabiegiem, który właśnie przeprowadziła właścicielka sklepu, że nie potrafiłam przestać się uśmiechać. Bez przerwy dotykałam lekko bolącego ucha. Moje życie robi się coraz bardziej interesujące - myślałam. Najpierw duży wywiad z 1D, teraz pójście na żywioł. Może moja kariera dziennikarska pójdzie wreszcie w jakimś dobrym kierunku? Może dadzą mi nawet podwyżkę? Miałam taką nadzieję.
Byłam już blisko swojej teraz już ulubionej ławki, gdy usłyszałam śmiechy i krzyki. Wyszłam zza rogu i moim oczom ukazał się ten oto piękny budynek. Przed wejściem, na chodniku chyba ktoś się bił. Cholera - pomyślałam. Pobiegłam tam, w międzyczasie szukając telefonu, żeby zadzwonić po policję. Nawet nie zdyszana zatrzymałam się przed drzwiami, ale nikogo nie było widać. Przeszłam na trawnik, a za krzakami dwóch chłopaków leżało na sobie, a dwóch stało i śmiało się z zaistniałej sytuacji do rozpuku. Skądś znałam tą koszlukę w paski. Tylko skąd? - chciałam wiedzieć. Podeszłam jeszcze bliżej i zauważyłam twarz jednego z nastolatków leżącego na ziemi. Tak, to był zdecydowanie on.
~*~
Tak, to już siódemka.
Przepraszam, że taki króciótki, ale zawsze coś, prawda?
Liczę przynajmniej na 7 komentarzy, bo jakoś nie mam motywacji do pisania ;(
Zachęcam do czytania, komentowania i dodawania do obserwowanych ;D
Miłego czytania i zostaw komentarz! ;) xxx
Wywiad poszedł sprawnie, a chłopcy nie stawiali oporu. Wydaje mi się, że odpowiadali szczerze, ale co do tego, nie mogę być pewna. Po skończonej pracy pojechaliśmy z Robbiem i mamą do domu. Nie przepadała za moim chłopakiem, ale nie miała nic do gadania. Adams będzie u nas mieszkał jak długo będzie mu się podobało. W końcu Karen za kilka dni znowu wyjedzie, nie wiadomo dokąd, i wróci za miesiąc, może dwa.
Weszliśmy do środka i od razu skierowałam się do łazienki. Nie myśląć o tym co robię zaczęłam nerwowo myć ręce i twarz. Wyszłam i poszłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko. Dlaczego jestem takim mięczakiem i zaczęłam płakać? Nie mam zielonego pojęcia. Ale jedno wiem na pewno. Nie pozwolę na kontrolowanie się przez kogokolwiek. Ani przez matkę, ani przez Robbiego, a tym bardzieć przez jakiegoś drugorzędnego 'piosenkarza'
- Fay - usłyszałam głos Karen - chyba nie masz zamiaru siedzieć tam przez cały dzień? - rozległo się pukanie do drzwi, po czym weszła do mojego sanktuarium. Przysiadła na rogu łóżka delikatnie głaszcząc mnie po plecach. - Dlaczego jesteś na mnie zła? Staram się jak najbardziej mogę, żeby żyło nam się dobrze, a ty to utrudniasz.
- Teraz to moja wina, tak? - usiadłam zdenerwowana. - Nigdy nie ma cię w domu, ale to ja wszystko utrudniam?! - nie wytrzymałam. - Muszę pracować, żeby mieć co jeść - kłamałam - bo nigdy grosza nie zostawiłaś. Gdyby nie alimenty, nie miałabym czasem co do garka włożyć. - Łzy zaczęły spływać mi strumieniami po policzkach. Nie miałam ochoty znów się kłócić. Nie znoszę tego uczucia przegranej.
- Jak długo Robbie ma zamiar tu mieszkać? - chciała wiedzieć matka.
- Teraz on ci przeszkadza? Nie potrafisz się pogodzić, że jest moim chłopakiem? Od zawsze nim był, ale ty nigdy go nie lubiłaś! Dlaczego?! Dlaczego musisz mi to robić, za każdym razem, kiedy się widzimy?! - rozryczałam się na dobre. Jest w Londynie od dobrych dwóch godzin, a ja już chcę, żeby sobie pojechała. Nie znoszę jej! Nie znoszę! Niech umrze!
Wstałam szybko z łóżka, wziełam bluzę, torebkę i wyszłam. Miałam tego wszystkiego po uszy. Skoro Robbie najprawdopodobniej miał być kiedyś zięciem mojej matki, to niech w końcu znajdzie z nią wspólny język. Może go wreszcie polubi.
Ruszyłam wzdłuż głównej ulicy nie wiedząc dokąd zmierzam. Szłam bez celu, byle tylko oderwać się od tego koszmaru. Jakie szczęście, że wzięłam portfel- pomyślałam. Weszłam do McDonald'a żeby zamówić coś do żarcia. Wychodząc popijałam już colę, którą trzymałam w jednej ręce, a w drugiej zawinięty lunch. Wielkim plusem jedzenia w Mac'u było to, że nigdy nie płaciłam dużo. I było dobre.
Dalej szłam, tam gdzie mnie nogi poniosą. Weszłam do metra i przejechałam może ze dwa przystanki. Wysiadłam i przed moimi oczami ukazał się najpiękniejszy budynek mieszkalny, jaki kiedykolwiek widziałam w Londynie. Prawdopodobnie był to hotel. Przeszłam przez ulicę i położyłam się na ławce tuż przed wejściem. Niebo było przejrzyste jak nigdy. Rozkoszowałam się jego widokiem, jego odcieniem i myślałam, jakby to było mieszkać z ojcem, nie znać Robbiego, nie być dziennikarką. Może byłabym całkiem kimś innym? Może stałabym się jakąś zrzędą, albo co gorsza lalunią. A może egoistką, dbającą tylko o siebie? Nie. Takiej myśli nie mogłam dopuścić do głosu. Cieszę się, że nie jestem inna i nie zmieniałabym swojego charakteru. Zaś w moim wyglądzie wprowadziłabym dużo poprawek. Na pewno wolałabym być blondynką. Faceci lecą na blondynki! I zdecydowanie wolałabym mieć ciemne, brązowe oczy, zamiast tych paskudnych zielonych. A może tak skuszę się na małą zmianę? - pomyślałam. Coś buntowniczego, ale za razem niezbyt wyzywającego. I wtedy wpadł mi świetny pomysł do głowy. Od zawsze chciałam mieć kolczyka w chrząstce ucha. W końcu jestem pełnoletnia, a mama nawet nie zauważy, bo nic ją nie interesuje. Wstałam z ławki i złapałam pierwszą taksówkę dokańczając ostatniego hamburgera. Wsiadłam do auta i powiedziałam mężczyźnie, żeby zawiózł mnie do najbliższego salonu piercingu.
- Ale ja nie wiem, gdzie jest jakiś salon, panienko - odpowiedział kierowca.
- Niech pan jedzie powoli, a ja będę się rozglądała, dobrze? - zapytałam. Zgodził się i ruszyliśmy. Nie mineło dziesięć minut, gdy ujrzałam wielki szyld oznajmujący, że tutaj można zrobić tatuaż lub przebić jakąś część ciała. Poprosiłam mężczyznę o zatrzymanie się, zapłaciłam i udałam się w stronę salonu. Weszłam do niego i nie czekając ani chwili oznajmiłam kobiecie za ladą, że życzę sobie przebić lewe ucho. Wskazałam odpowiednie miejsce, a ona kazała mi usiąść na fotelu i zabrała się do roboty. Po dwudziestu minutach wyszłam ze świeżą dziurką, w której znajdował się już kolczyk leczniczy. Postanowiłam, że tym razem na nogach przejdę się w stronę miejsca moich poprzednich rozmyślań i narodzenia się tego pięknego pomysłu. Byłam tak podekscytowana zabiegiem, który właśnie przeprowadziła właścicielka sklepu, że nie potrafiłam przestać się uśmiechać. Bez przerwy dotykałam lekko bolącego ucha. Moje życie robi się coraz bardziej interesujące - myślałam. Najpierw duży wywiad z 1D, teraz pójście na żywioł. Może moja kariera dziennikarska pójdzie wreszcie w jakimś dobrym kierunku? Może dadzą mi nawet podwyżkę? Miałam taką nadzieję.
Byłam już blisko swojej teraz już ulubionej ławki, gdy usłyszałam śmiechy i krzyki. Wyszłam zza rogu i moim oczom ukazał się ten oto piękny budynek. Przed wejściem, na chodniku chyba ktoś się bił. Cholera - pomyślałam. Pobiegłam tam, w międzyczasie szukając telefonu, żeby zadzwonić po policję. Nawet nie zdyszana zatrzymałam się przed drzwiami, ale nikogo nie było widać. Przeszłam na trawnik, a za krzakami dwóch chłopaków leżało na sobie, a dwóch stało i śmiało się z zaistniałej sytuacji do rozpuku. Skądś znałam tą koszlukę w paski. Tylko skąd? - chciałam wiedzieć. Podeszłam jeszcze bliżej i zauważyłam twarz jednego z nastolatków leżącego na ziemi. Tak, to był zdecydowanie on.
~*~
Tak, to już siódemka.
Przepraszam, że taki króciótki, ale zawsze coś, prawda?
Liczę przynajmniej na 7 komentarzy, bo jakoś nie mam motywacji do pisania ;(
Zachęcam do czytania, komentowania i dodawania do obserwowanych ;D
Miłego czytania i zostaw komentarz! ;) xxx
sobota, 28 stycznia 2012
Seis.
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz!
Dziwnie czułem się, patrząć jak niejaka Karen siedzi Harry'emu na kolanach, bawiąc się jego włosami. Na oko trzydziestokilkuletnia brunetka, z oczami, które, nie wiem dlaczego, wydawały się znajome. Jej średniej długości włosy, opadały skręcone na twarz, co najwidoczniej jej nie przeszkadzało. Gdy przyszliśmy do tego pokoju jakieś dwadzieścia minut temu, już tu była i zapytała tylko, czy mogłaby z nami poczekać na swoją bratanicę, która ma prowadzić z nami wywiad. Zgodziliśmy się i zajęliśmy miejsca. Pokój był dość duży, jak na pomieszczenie przeznaczone do robienia wywiadów. Założę się, że było jednym z większych na tym piętrze. Rozsiadłem się przy jakimś stole kładąc nogi na nim, Liam z Niallem rzucili się na kanapę, Louis przy biurku, a Harry, z Karen na kolanach, na fotelu. Szeptali sobie coś do ucha, podejrzewam, że jakieś sprośne słówka, bo przecież nasz Harold gustował w starszych kobietach. Ale to w końcu jego wybór. Zwrócony plecami do drzwi patrzyłem jak Liam łaskocze Irlandczyka i jak Louis bawi się komórką, czekając pewnie na sms-a od Eleanor. Oglądałem w międzyczasie swoje paznokcie, które nagle stały się interesujące. Cholera. Kiedy zacznie się ten wywiad? - myślałem. W tym samym momencie usłyszałem jak drzwi się otwierają. Bez pośpiechu wstałem, żeby się przywitać. Odwróciłem się i zobaczyłem Fay, a na jej twarzy gościło zaskoczenie. Już wiem skąd znałem oczy Karen. Obok dziewczyny stał wysoki, jakby farbowany brunet z również zaskoczoną miną.
- Mamo! Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła brunetka. Kobieta momentalnie podniosła się z kolan Harry'ego ze zdziwieniem.
- Jaka 'mamo'? - zapytał loczek zdezorientowany. Teraz wszyscy już stali, spoglądając co chwila na kogoś innego. Tylko Louis z Niallem próbowali powstrzymać śmiech, ale im to nie wychodziło.
- Fay... - zaczęła kobieta. - Mówiłam ci, żebyś nie mówiła tak do mnie przy ludziach - dodała półszeptem. Liam wybuchł śmiechem, a ja zmierzyłem go tylko wzrokiem, mówiącym ' przestań debilu, to poważna sprawa'.
- A co, może mam ci mówić Karen? - Fay dopiero się rozkręcała.
- Czy ktoś mi może wytłumaczyć, co się tu dzieje? - Harry znów się wtrącił.
- Nie oddzywaj się, ty cholerny podrywaczu cudzych matek! - wow. Dobra jest. Mocny głos ma.
- Fay. Mogłabyś się nie drzeć?! - już wiem, po kim to odziedziczyła...
- Będę krzyczała ile mi się podoba! I nic ci do tego. Przecież i tak nigdy nie ma cię w domu! Ani przy mnie! - Trochę zeszła z tonu, ale sądzę, że to wszystko zmierza w złym kierunku.
- Może wszyscy się uspokójmy i przejdźmy do wywiadu, huh? - zapytałem cicho i niepewnie. Liam podszedł do mnie i razem z Niallem i Louisem wyprowadzili mnie z sali. Czyli zostają tam tylko matka z córką, Harry i ten chłopak. Przeszedłem obok niego i zmierzyłem go wzrokiem. Co z tego, że był większy ode mnie o jakąś głowę, i szeroki dwa razy tak jak ja? - myślałem. Wyszedłem i oparłem się o ścianę tuż obok drzwi. Zaraz za nami wyszedł też Harry, najwidoczniej wyproszony. Starałem się trochę podsłuchać, żeby dowiedzieć się przynajmniej kim był ten gostek.
- Zamknij się Robbie... - Fay krzyczała, a on mówił za cicho i nie było nic słychać. Cholera, ale z niego ciota! - Nie interesuje mnie twoje zdanie mamo! Poradzę sobie z tym sama.
Znów nic nie słychać. Wychodzi na to, że Karen już nie krzyczała.
- Ja będę sobie wybierać partnerów i nic ci do tego. - Wow. To chyba coś poważnego, bo dziewczyna drze się w niebogłosy i raczej nie ma zamiaru przestać.
- Robbie, prosiłam cię, żebyś się nieoddzywał. Najlepiej stąd wyjdź i to już! - Momentalnie się wyprostowałem, bo zza drzwi wyleciał chłopak.
- Harry Styles - chwilę później loczek wyciągnął rękę w stronę farbowanego bruneta, który potrząsnął nią i odpowiedział:
- Robbie Adams - nieznaczny uśmiech błąkał się na jego twarzy.
- To Liam i Niall - przedstawił ich wskazując dwóch nastolatków stojących naprzeciwko mnie. - To Louis - kontynuował pokazująć na błazna zespołu, który najwidoczniej nie był dziś w nastroju do żartów. - No i Zayn - zatrzymał swoją dłoń na mnie podchodząc i kładąc mi ją na ramieniu. Nie chciałem wysilać się na uśmiech, ale wiedziałem, że jak tylko stąd wyjdziemy Liam zrobi mi wykład na temat dobrego wychowania i kultury osobistej. Zmierzyłem go wzrokiem, od stóp do głów. Niezły goguś - pomyślałem. Pewnie myśli, że jak przyjdzie na wywiad z 1D to nagle stanie się ważny. Uniosłem tylko dłoń w geście powitania.
- Czym się zajmujesz, Robbie? - zapytał się Niall.
- Nie bądź taki ciekawski, mały Irlandczyku - wtrącił się Louis.
- Jestem dziennikarzem - odparł niejaki Adams z uśmiechem na twarzy. Liam zrobił wielkie oczy i odpowiedział :
- To musi być strasznie ciekawy zawód, co?
- Zależy od tego jakiej specjalności jesteś dziennikarzem.
- A ty, jakim jesteś? - zapytał tym razem Harry. Dlaczego oni go tak napastowali tymi pytaniami? Przecież to nie było nawet ciekawe.
- Na razie jestem felietonistą, ale chciałbym zostać koresponderem. - Chłopcy patrzyli na niego jakby uciekł z wariatkowa.
- Mógłbyś mówić po ludzku? - Niall wydawał się lekko nie w temacie. Z kim ja się zadaję? - myślałem. To są chyba kompletni debile, którzy najwyraźniej nie uczyli się w szkole. Nie mówię już o oglądaniu dziennika.
- Felietonista to ktoś, kto pisuje do gazet, takich jak tygodniki, dwutygodniki, czy miesięczniki. Koresponder to osoba, relacjonująca wydarzenia z miejsca, w którym się rozgrywały. - Robbie wydawał się spokojny i nie dziwiło go, że 1D pyta go o takie sprawy. Tylko stałem i obserwowałem całą tą szopkę.
- Są jeszcze reporterzy - chyba zauważył ich dziwne miny, bo kontynuował - tacy z wiadomości, czaicie? - Wszyscy zaczęli kiwać głowami, na znak, że rozumieją. Pan 'ja wielki dziennikarz, kim to ja nie jestem' uśmiechnął się z tą głupkowatą miną. Takich ludzi powinni odrazu wyludniać na Syberię. Samolubnych, zapatrzonych w siebie egoistów.
O dziwo hałasy w sali ucichły i zaryzykowałem wejściem w sam środek III wojny światowej. Podniosłem ręce w geście kapitulacji, gdy przechodziłem przez drzwi. Fay siedziała na biurku, a Karen po drugiej stronie pomieszczenia na fotelu, na którym obściskiwała się z Harry'm.
- Czy jesteśmy już bezpieczni? - zapytałem z powagą, a one tylko wybuchnęły śmiechem. Lekko zdezorientowany wszedłem głębiej do pomieszczenia i rozgościłem się na 'swoim' dawnym miejscu. Reszta poszła w moje ślady. Gdy każdy już zajął siedzenie Fay wstała, trzymając w jednej ręce podkładkę, a w drugiej dyktafon.
- Zaczynamy? - zapytała jakby nigdy nic, a my niewiedząc co powiedzieć tylko kiwnęliśmy głowami.
- Więc...
Dziwnie czułem się, patrząć jak niejaka Karen siedzi Harry'emu na kolanach, bawiąc się jego włosami. Na oko trzydziestokilkuletnia brunetka, z oczami, które, nie wiem dlaczego, wydawały się znajome. Jej średniej długości włosy, opadały skręcone na twarz, co najwidoczniej jej nie przeszkadzało. Gdy przyszliśmy do tego pokoju jakieś dwadzieścia minut temu, już tu była i zapytała tylko, czy mogłaby z nami poczekać na swoją bratanicę, która ma prowadzić z nami wywiad. Zgodziliśmy się i zajęliśmy miejsca. Pokój był dość duży, jak na pomieszczenie przeznaczone do robienia wywiadów. Założę się, że było jednym z większych na tym piętrze. Rozsiadłem się przy jakimś stole kładąc nogi na nim, Liam z Niallem rzucili się na kanapę, Louis przy biurku, a Harry, z Karen na kolanach, na fotelu. Szeptali sobie coś do ucha, podejrzewam, że jakieś sprośne słówka, bo przecież nasz Harold gustował w starszych kobietach. Ale to w końcu jego wybór. Zwrócony plecami do drzwi patrzyłem jak Liam łaskocze Irlandczyka i jak Louis bawi się komórką, czekając pewnie na sms-a od Eleanor. Oglądałem w międzyczasie swoje paznokcie, które nagle stały się interesujące. Cholera. Kiedy zacznie się ten wywiad? - myślałem. W tym samym momencie usłyszałem jak drzwi się otwierają. Bez pośpiechu wstałem, żeby się przywitać. Odwróciłem się i zobaczyłem Fay, a na jej twarzy gościło zaskoczenie. Już wiem skąd znałem oczy Karen. Obok dziewczyny stał wysoki, jakby farbowany brunet z również zaskoczoną miną.
- Mamo! Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła brunetka. Kobieta momentalnie podniosła się z kolan Harry'ego ze zdziwieniem.
- Jaka 'mamo'? - zapytał loczek zdezorientowany. Teraz wszyscy już stali, spoglądając co chwila na kogoś innego. Tylko Louis z Niallem próbowali powstrzymać śmiech, ale im to nie wychodziło.
- Fay... - zaczęła kobieta. - Mówiłam ci, żebyś nie mówiła tak do mnie przy ludziach - dodała półszeptem. Liam wybuchł śmiechem, a ja zmierzyłem go tylko wzrokiem, mówiącym ' przestań debilu, to poważna sprawa'.
- A co, może mam ci mówić Karen? - Fay dopiero się rozkręcała.
- Czy ktoś mi może wytłumaczyć, co się tu dzieje? - Harry znów się wtrącił.
- Nie oddzywaj się, ty cholerny podrywaczu cudzych matek! - wow. Dobra jest. Mocny głos ma.
- Fay. Mogłabyś się nie drzeć?! - już wiem, po kim to odziedziczyła...
- Będę krzyczała ile mi się podoba! I nic ci do tego. Przecież i tak nigdy nie ma cię w domu! Ani przy mnie! - Trochę zeszła z tonu, ale sądzę, że to wszystko zmierza w złym kierunku.
- Może wszyscy się uspokójmy i przejdźmy do wywiadu, huh? - zapytałem cicho i niepewnie. Liam podszedł do mnie i razem z Niallem i Louisem wyprowadzili mnie z sali. Czyli zostają tam tylko matka z córką, Harry i ten chłopak. Przeszedłem obok niego i zmierzyłem go wzrokiem. Co z tego, że był większy ode mnie o jakąś głowę, i szeroki dwa razy tak jak ja? - myślałem. Wyszedłem i oparłem się o ścianę tuż obok drzwi. Zaraz za nami wyszedł też Harry, najwidoczniej wyproszony. Starałem się trochę podsłuchać, żeby dowiedzieć się przynajmniej kim był ten gostek.
- Zamknij się Robbie... - Fay krzyczała, a on mówił za cicho i nie było nic słychać. Cholera, ale z niego ciota! - Nie interesuje mnie twoje zdanie mamo! Poradzę sobie z tym sama.
Znów nic nie słychać. Wychodzi na to, że Karen już nie krzyczała.
- Ja będę sobie wybierać partnerów i nic ci do tego. - Wow. To chyba coś poważnego, bo dziewczyna drze się w niebogłosy i raczej nie ma zamiaru przestać.
- Robbie, prosiłam cię, żebyś się nieoddzywał. Najlepiej stąd wyjdź i to już! - Momentalnie się wyprostowałem, bo zza drzwi wyleciał chłopak.
- Harry Styles - chwilę później loczek wyciągnął rękę w stronę farbowanego bruneta, który potrząsnął nią i odpowiedział:
- Robbie Adams - nieznaczny uśmiech błąkał się na jego twarzy.
- To Liam i Niall - przedstawił ich wskazując dwóch nastolatków stojących naprzeciwko mnie. - To Louis - kontynuował pokazująć na błazna zespołu, który najwidoczniej nie był dziś w nastroju do żartów. - No i Zayn - zatrzymał swoją dłoń na mnie podchodząc i kładąc mi ją na ramieniu. Nie chciałem wysilać się na uśmiech, ale wiedziałem, że jak tylko stąd wyjdziemy Liam zrobi mi wykład na temat dobrego wychowania i kultury osobistej. Zmierzyłem go wzrokiem, od stóp do głów. Niezły goguś - pomyślałem. Pewnie myśli, że jak przyjdzie na wywiad z 1D to nagle stanie się ważny. Uniosłem tylko dłoń w geście powitania.
- Czym się zajmujesz, Robbie? - zapytał się Niall.
- Nie bądź taki ciekawski, mały Irlandczyku - wtrącił się Louis.
- Jestem dziennikarzem - odparł niejaki Adams z uśmiechem na twarzy. Liam zrobił wielkie oczy i odpowiedział :
- To musi być strasznie ciekawy zawód, co?
- Zależy od tego jakiej specjalności jesteś dziennikarzem.
- A ty, jakim jesteś? - zapytał tym razem Harry. Dlaczego oni go tak napastowali tymi pytaniami? Przecież to nie było nawet ciekawe.
- Na razie jestem felietonistą, ale chciałbym zostać koresponderem. - Chłopcy patrzyli na niego jakby uciekł z wariatkowa.
- Mógłbyś mówić po ludzku? - Niall wydawał się lekko nie w temacie. Z kim ja się zadaję? - myślałem. To są chyba kompletni debile, którzy najwyraźniej nie uczyli się w szkole. Nie mówię już o oglądaniu dziennika.
- Felietonista to ktoś, kto pisuje do gazet, takich jak tygodniki, dwutygodniki, czy miesięczniki. Koresponder to osoba, relacjonująca wydarzenia z miejsca, w którym się rozgrywały. - Robbie wydawał się spokojny i nie dziwiło go, że 1D pyta go o takie sprawy. Tylko stałem i obserwowałem całą tą szopkę.
- Są jeszcze reporterzy - chyba zauważył ich dziwne miny, bo kontynuował - tacy z wiadomości, czaicie? - Wszyscy zaczęli kiwać głowami, na znak, że rozumieją. Pan 'ja wielki dziennikarz, kim to ja nie jestem' uśmiechnął się z tą głupkowatą miną. Takich ludzi powinni odrazu wyludniać na Syberię. Samolubnych, zapatrzonych w siebie egoistów.
O dziwo hałasy w sali ucichły i zaryzykowałem wejściem w sam środek III wojny światowej. Podniosłem ręce w geście kapitulacji, gdy przechodziłem przez drzwi. Fay siedziała na biurku, a Karen po drugiej stronie pomieszczenia na fotelu, na którym obściskiwała się z Harry'm.
- Czy jesteśmy już bezpieczni? - zapytałem z powagą, a one tylko wybuchnęły śmiechem. Lekko zdezorientowany wszedłem głębiej do pomieszczenia i rozgościłem się na 'swoim' dawnym miejscu. Reszta poszła w moje ślady. Gdy każdy już zajął siedzenie Fay wstała, trzymając w jednej ręce podkładkę, a w drugiej dyktafon.
- Zaczynamy? - zapytała jakby nigdy nic, a my niewiedząc co powiedzieć tylko kiwnęliśmy głowami.
- Więc...
środa, 25 stycznia 2012
Five.
- Robbie Adams! - krzyknęłam i skoczyłam chłopakowi na szyję. - Co ty tu robisz? Myślałam, że jesteś we Włoszech. - zapytałam chłopaka ze zdziwieniem.
- Ale wróciłem na trochę - powiedział chłopak tak poprostu. - Bardzo chciałem cię zobaczyć, kochana - dodał i pocałował mnie.
- Wiesz, chciałabym móc przegadać z tobą całą noc, ale mam jutro wywiad o ósmej trzydzieści i muszę się wyspać. - odparłam odrywając się od niego - Nie wiem nawet z kim będę go prowadziła.
- Rozumiem. Prześpię się na kanapie, jeśli nie masz nic przeciwko - pokręciłam głową, a on tylko dodał - jak za starych, dobrych czasów - i posłał mi ten jego oszałamiający uśmiech.
Poszłam do siebie, i dużo o nim myślałam. Strasznie wydoroślał za granicą. Wysoki, chudy blondyn zmienił się nie do poznania. Wciąż wysoki, ale umięśniony Robbie zmienił chyba kolor włosów. Kiedyś jasnosłomkowe włosy, dziś o odcieniu orzechów dodawały mu uroku tego uroczego chłopaka z sąsiedztwa. Jego rodzice zginęli w wypadku, gdy miał około ośmiu lat. Babcia zmarła dwa lata temu i tuż po tym zdarzeniu mój chłopak zaczął pracę dziennikarza w słonecznej Italii. Dziś jest mężczyzną z dwudziestomadwoma latami na karku.
Gdy ostatni raz spojrzałam na zegarek dochodziła wpół do czwartej. Super - pomyślałam. - Mam aż trzy godziny snu. W końcu zasnęłam.
Biegłam, ile sił w nogach. Zakręciłam za najbliższym blokiem i schowałam się za krzakami rosnącymi pod czyimś oknem. Była noc. Świeciło tylko kilka latarni na kilometr drogi, a gwiazdy zasłaniały chmury. Powietrze było ciężkie, jakby przed burzą. Dyszałam, ale musiałam się uspokoić. Przed kim uciekałam? Nie miałam zielonego pojęcia. Nic nie pamiętam - pomyślałam ze strachem. Wiem tylko, że jakimś cudem znalazłam się w drugiej części Londynu. Nie mniej jednak musiałam znaleźć wyjście z tej sytuacji.
Nagle usłyszałam jakiś szmer. Odwróciłam się i spojrzałam w dół. Widziałam jego ubłocone buty, brudne z trawy spodnie i podartą koszulkę. Nim spojrzałam mu w twarz, chwycił mnie za ramiona i zaczął mną trząść. Krzyczałam, żeby mnie puścił. Sylwetką tak bardzo przypominał....
Obudziłam się dysząć, jakbym przebiegła maraton. Kropelki potu spływały po moim czole zlepiając przy tym grzywkę. Spojrzałam na zegarek. 6:14. Bez pośpiechu wstałam i poszłam do łazienki. Ściągnęłam piżamę i wrzuciłam ją do kosza na brudną bieliznę. Jak dobrze, że zawsze wisi tu szlafrok - pomyślałam, przypominając sobie, że Robbie dziś u mnie nocował. Weszłam pod prysznic i zaczęłam się myć, tradycyjnie zaczynając od włosów. Po kąpieli użyłam jakichś kremów i opatulona we frotowy szlafrok udałam się na dół, by zrobić sobie coś na śniadanie. O dziwo mój przyjaciel już nie spał i krzątał się po pomieszczeniu smażąc naleśniki i nucąc jakąś melodię.
- Kompletnie nie masz głosu - powiedziałam do Robbiego z uśmiechem.
- A ty za to tak, pani JA-WSZYSTKO-WIEM-JA-WSZYTSKO-POTRAFIĘ - odparł i zaczęliśmy się śmiać. Usiadłam przy stole i czekałam na swoje śniadanko. Mieliśmy swój zwyczaj. Ja czekam, on gotuje, bo moje zdolności kulinarne były równe zeru. Gdy postawił przede mną talerz, pomyślałam, że cztery naleśniki to za mało. Wchłonęłam je z prędkością światła i poprosiłam grzecznie o dokładkę.
- Apetytu to ty nie straciłaś - stwierdził Robbie. - Ale przynajmniej żadna dieta nie jest ci potrzebna. Ćwiczysz, czy to tylko twój metabolizm? - Spytał mnie Adams z tym swoim wzrokiem a'la 'odpowiadaj, albo załaskoczę cię na śmierć.'
- Jakbyś mnie nie znał?! Bardzo dobrze wiesz, że nigdy nie ćwiczyłam i nie mam zamiaru tego robić - powiedziałam lekko podenerwowana. - Ty za to chyba przypakowałeś, co? Przysłużyły ci się te wakacje, huh? - zapytałam.
Spojrzał a mnie wrogo i tylko powiedział:
- Można tak powiedzieć. Wiesz, - zaczął - strasznie się nie wyspałem. - Zaczął masować sobie kark. - To pewnie dlatego, że tak strasznie krzyczałaś. Co ci się śniło?
Próbowałam sobie przypomnieć dzisiejszy koszmar, ale nic nie pamiętałam. Kompletna pustka.
- Nie mam zielonego pojęcia - zmieszana spojrzałam na Robbiego. - A co konkretne krzyczałam? Jakieś zdania?
- Nie, poprostu krzyczałaś.
Skończyłam siódmego już naleśnika i wstałam, żeby odnieć talerz do zmywarki.
- Idziesz ze mną na ten wywiad, czy zostajesz? - zapytałam.
- Jeśli nie będzie ci to przeszkadzało, poszedłbym z tobą. - Posłał mi uśmiech i zaczął zmywać naczynia. Rzuciłam się biegiem po schodach bo było już dziesięć po siódmej. Ubrałam kremowe rurki, niebieskie polo, a na nie czerwony sweterek z długim rękawem. Czarne kolczyki dopełniały strój więc wzięłam torebkę z telefonem, portfelem, chusteczkami higienicznymi i jakiś długopis. Zeszłam na dół i powiedziałam do Robbiego, żeby pośpieszył swój tyłek, bo nie chcę się spóźnić. Na co odpowiedział tylko :
- Wal się! - A na jego twarzy pojawił się uśmiech. ( Pozdrawiam Chudą ;*** )
Wyszliśmy i pobiegliśmy do metra. Wsiedliśmy do pociągu, który jechał w stronę biurowca moich pracodawców. Wysiedliśmy na ósmym przystanku i wyszliśmy z podziemia. Przeszliśmy przez ulicę, trzy przecznice dalej był 'nasz' wieżowiec. Weszliśmy do niego, odrazu kierując się do windy. Znaliśmy drogę na pamięć, ponieważ razem z Robbiem dwa lata temu zaczynaliśmy swoją przygodę z dziennikarstwem. Razem. W tym samym miejscu. To tu się poznaliśmy. Dziwne, że mieszkając cztery domy od siebie nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy.
- I jesteśmy - skwitowałam, gdy winda zatrzymała się na 'naszym' szóstym piętrze. Spojrzałam na zegarek. Punkt ósma. Idealnie, żeby przygotować się do wywiadu. Weszłam do pokoju, który dzieliłam z Johnem, trzydziestokilkuletnim niezamężnym mężczyzną. Był obleśny, ale rozmieszczenie stanowisk nie należało do mnie. I tak nie siedziałam tam często. Zgarnęłam z mojego biurka podkładkę z wypisanymi pytaniami i momentalnie znów zwróciłam się w strony windy. Nawet nie spojrzałam na to, z kim będę prowadziła ten wywiad. Weszliśmy do niej i wjechaliśmy trzy piętra wyżej, tak zwanego piętra salonów. To właśnie tam 'przesłuchiwaliśmy' znanych aktorów, czy piosenkarzy. Weszłam do 12. i oniemiałam.
***
Z góry przepraszam za wszelkie literówki, tudzież błędy, pisałam na szyko ;)
Jeśli czytasz zostaw komentarz, to niezbęne! ;D
Miłego czytania ;]
- Ale wróciłem na trochę - powiedział chłopak tak poprostu. - Bardzo chciałem cię zobaczyć, kochana - dodał i pocałował mnie.
- Wiesz, chciałabym móc przegadać z tobą całą noc, ale mam jutro wywiad o ósmej trzydzieści i muszę się wyspać. - odparłam odrywając się od niego - Nie wiem nawet z kim będę go prowadziła.
- Rozumiem. Prześpię się na kanapie, jeśli nie masz nic przeciwko - pokręciłam głową, a on tylko dodał - jak za starych, dobrych czasów - i posłał mi ten jego oszałamiający uśmiech.
Poszłam do siebie, i dużo o nim myślałam. Strasznie wydoroślał za granicą. Wysoki, chudy blondyn zmienił się nie do poznania. Wciąż wysoki, ale umięśniony Robbie zmienił chyba kolor włosów. Kiedyś jasnosłomkowe włosy, dziś o odcieniu orzechów dodawały mu uroku tego uroczego chłopaka z sąsiedztwa. Jego rodzice zginęli w wypadku, gdy miał około ośmiu lat. Babcia zmarła dwa lata temu i tuż po tym zdarzeniu mój chłopak zaczął pracę dziennikarza w słonecznej Italii. Dziś jest mężczyzną z dwudziestomadwoma latami na karku.
Gdy ostatni raz spojrzałam na zegarek dochodziła wpół do czwartej. Super - pomyślałam. - Mam aż trzy godziny snu. W końcu zasnęłam.
Biegłam, ile sił w nogach. Zakręciłam za najbliższym blokiem i schowałam się za krzakami rosnącymi pod czyimś oknem. Była noc. Świeciło tylko kilka latarni na kilometr drogi, a gwiazdy zasłaniały chmury. Powietrze było ciężkie, jakby przed burzą. Dyszałam, ale musiałam się uspokoić. Przed kim uciekałam? Nie miałam zielonego pojęcia. Nic nie pamiętam - pomyślałam ze strachem. Wiem tylko, że jakimś cudem znalazłam się w drugiej części Londynu. Nie mniej jednak musiałam znaleźć wyjście z tej sytuacji.
Nagle usłyszałam jakiś szmer. Odwróciłam się i spojrzałam w dół. Widziałam jego ubłocone buty, brudne z trawy spodnie i podartą koszulkę. Nim spojrzałam mu w twarz, chwycił mnie za ramiona i zaczął mną trząść. Krzyczałam, żeby mnie puścił. Sylwetką tak bardzo przypominał....
Obudziłam się dysząć, jakbym przebiegła maraton. Kropelki potu spływały po moim czole zlepiając przy tym grzywkę. Spojrzałam na zegarek. 6:14. Bez pośpiechu wstałam i poszłam do łazienki. Ściągnęłam piżamę i wrzuciłam ją do kosza na brudną bieliznę. Jak dobrze, że zawsze wisi tu szlafrok - pomyślałam, przypominając sobie, że Robbie dziś u mnie nocował. Weszłam pod prysznic i zaczęłam się myć, tradycyjnie zaczynając od włosów. Po kąpieli użyłam jakichś kremów i opatulona we frotowy szlafrok udałam się na dół, by zrobić sobie coś na śniadanie. O dziwo mój przyjaciel już nie spał i krzątał się po pomieszczeniu smażąc naleśniki i nucąc jakąś melodię.
- Kompletnie nie masz głosu - powiedziałam do Robbiego z uśmiechem.
- A ty za to tak, pani JA-WSZYSTKO-WIEM-JA-WSZYTSKO-POTRAFIĘ - odparł i zaczęliśmy się śmiać. Usiadłam przy stole i czekałam na swoje śniadanko. Mieliśmy swój zwyczaj. Ja czekam, on gotuje, bo moje zdolności kulinarne były równe zeru. Gdy postawił przede mną talerz, pomyślałam, że cztery naleśniki to za mało. Wchłonęłam je z prędkością światła i poprosiłam grzecznie o dokładkę.
- Apetytu to ty nie straciłaś - stwierdził Robbie. - Ale przynajmniej żadna dieta nie jest ci potrzebna. Ćwiczysz, czy to tylko twój metabolizm? - Spytał mnie Adams z tym swoim wzrokiem a'la 'odpowiadaj, albo załaskoczę cię na śmierć.'
- Jakbyś mnie nie znał?! Bardzo dobrze wiesz, że nigdy nie ćwiczyłam i nie mam zamiaru tego robić - powiedziałam lekko podenerwowana. - Ty za to chyba przypakowałeś, co? Przysłużyły ci się te wakacje, huh? - zapytałam.
Spojrzał a mnie wrogo i tylko powiedział:
- Można tak powiedzieć. Wiesz, - zaczął - strasznie się nie wyspałem. - Zaczął masować sobie kark. - To pewnie dlatego, że tak strasznie krzyczałaś. Co ci się śniło?
Próbowałam sobie przypomnieć dzisiejszy koszmar, ale nic nie pamiętałam. Kompletna pustka.
- Nie mam zielonego pojęcia - zmieszana spojrzałam na Robbiego. - A co konkretne krzyczałam? Jakieś zdania?
- Nie, poprostu krzyczałaś.
Skończyłam siódmego już naleśnika i wstałam, żeby odnieć talerz do zmywarki.
- Idziesz ze mną na ten wywiad, czy zostajesz? - zapytałam.
- Jeśli nie będzie ci to przeszkadzało, poszedłbym z tobą. - Posłał mi uśmiech i zaczął zmywać naczynia. Rzuciłam się biegiem po schodach bo było już dziesięć po siódmej. Ubrałam kremowe rurki, niebieskie polo, a na nie czerwony sweterek z długim rękawem. Czarne kolczyki dopełniały strój więc wzięłam torebkę z telefonem, portfelem, chusteczkami higienicznymi i jakiś długopis. Zeszłam na dół i powiedziałam do Robbiego, żeby pośpieszył swój tyłek, bo nie chcę się spóźnić. Na co odpowiedział tylko :
- Wal się! - A na jego twarzy pojawił się uśmiech. ( Pozdrawiam Chudą ;*** )
Wyszliśmy i pobiegliśmy do metra. Wsiedliśmy do pociągu, który jechał w stronę biurowca moich pracodawców. Wysiedliśmy na ósmym przystanku i wyszliśmy z podziemia. Przeszliśmy przez ulicę, trzy przecznice dalej był 'nasz' wieżowiec. Weszliśmy do niego, odrazu kierując się do windy. Znaliśmy drogę na pamięć, ponieważ razem z Robbiem dwa lata temu zaczynaliśmy swoją przygodę z dziennikarstwem. Razem. W tym samym miejscu. To tu się poznaliśmy. Dziwne, że mieszkając cztery domy od siebie nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy.
- I jesteśmy - skwitowałam, gdy winda zatrzymała się na 'naszym' szóstym piętrze. Spojrzałam na zegarek. Punkt ósma. Idealnie, żeby przygotować się do wywiadu. Weszłam do pokoju, który dzieliłam z Johnem, trzydziestokilkuletnim niezamężnym mężczyzną. Był obleśny, ale rozmieszczenie stanowisk nie należało do mnie. I tak nie siedziałam tam często. Zgarnęłam z mojego biurka podkładkę z wypisanymi pytaniami i momentalnie znów zwróciłam się w strony windy. Nawet nie spojrzałam na to, z kim będę prowadziła ten wywiad. Weszliśmy do niej i wjechaliśmy trzy piętra wyżej, tak zwanego piętra salonów. To właśnie tam 'przesłuchiwaliśmy' znanych aktorów, czy piosenkarzy. Weszłam do 12. i oniemiałam.
***
Z góry przepraszam za wszelkie literówki, tudzież błędy, pisałam na szyko ;)
Jeśli czytasz zostaw komentarz, to niezbęne! ;D
Miłego czytania ;]
sobota, 21 stycznia 2012
Cuatro
A jednak dobrze zrobiłem, że wtedy za nią pobiegłem - pomyślałem, tuż po kolejnym liściu, którego zafundowała mi na ganku.
Boże jaka ona jest piękna. A jej dłonie tak delikatnie opatrzyły moją ranę. Wiedziałem, że nie ma potrzeby pojechania na pogotowie. Te jej długie włosy tak pięknie zakręcone... Cholera, cholera, cholera. Nie mogę się w niej zakochać!
Zszedłem do metra. Wsiadłem do pociągu i pojechałem tych cholernych 11 przystanków. Wysiadłem i przed moimi oczami ukazał się wysoki apartamentowiec. Nie robił już na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Wszedłem do hallu, pozdrowiłem portiera machnięciem ręki i udałem się w kierunku windy, aby wiechać na przedostatnie piętro, wynajęte całe dla nas. Wieżowiec miał dwadzieścia pięter, a jazda nie była długa. Po wyjściu zobaczyłem niedługi korytarz, dwustkrzydłowe drzwi. Nacisnąłem klamkę i ujrzałem straszny bałagan. Chyba pierwszy tak wielki od naszej przeprowadzki do stolicy. Ruszyłem dalej, omijając szerokim łukiem majtki Nialla, skarpetki Harry'ego i rozdarty podkoszulek Louisa. Co oni striptiz robili, czy co? - pomyślałem. Usłyszałem krzyki dochodzące z głębi korytarza prowadzącego do tak zwanego 'salonu gier'. Poszedłem żwawym krokiem w tamtą stronę, otworzyłem drzwi, a chłopaki w najlepsze grali w Fifę 2012.
- Zayn! W końcu przyszedłeś. Grasz z nami? - zapytał się Harry.
- Nie - odpowiedziałem z uśmiechem. - Muszę trochę odpocząć.
- Aaaaaa! - czterech młodych mężczyzn przerwało grę i zaczęli wydawać dziwne dźwięki. Tak jakby zmieszać krzyk ze śmiechem. - Malik zaliczył. Hahahahaha - Louis przebijał każdego swoim głosem. Co im dziś padło na mózg?
- Czemu tak sądzicie? - zapytałem z wielkim bananem na twarzy.
- Chłopie, nie było cię ponad cztery godziny! - krzyknął Liam. - Co ty mogłeś innego robić jak nie właśnie TO?
- A niby z kim miałbym uprawiać seks? Sam ze sobą? - udawałem debila, ale oni wiedzieli dokładnie za kim pobiegłem. Znam ich za dobrze, żeby myśleć, że mnie nie podglądali, po tej całej 'akcji' z Harry'm.
- I jak? Poskutkowała chociaż ta wasza 'bójka' czy nie? - Niall powiedział to z tym dziwnym, irlandzkim akcentem.
- Troszeczkę... Ale...
Nie dali mi dokończyć zdania bo Liam już wstawał, żeby zaprowadzić mnie jak małe dziecko za rączkę, na kanapę.
- Opowiadaj! - krzyczeli, a ja nie wiedziałem od czego mam zacząć.
- No to rozpoczęło się sami jak wiecie. Podpuszczenie ochroniarza, bójka, rozwalony łuk brwiowy ze sztuczną krwią, wejście Fay... - mówiłem wyliczając na palcach.
- A więc nazywa się Fay! To już duży krok - śmiali się chłopacy.
- ... potem wyszedłem, ona zaraz po mnie, nie zauważyła mnie więc za nią pobiegłem. Szliśmy do jej domu, bo powiedziałem, że w żadnym wypadku nie pojadę na pogotowie. Dowiedziałem się tylko, że pracuje w jakiejś gazecie i jest tuż po maturze. Weszliśmy do metra, gdzie ludzie ciągle się na nas gapili. Wysiedliśmy po jakichś dwóch, może trzech przystankach. Poszliśmy do jej domu, ona na górę do łazienki... - urwałem bo zauważyłem, że Louis popycha Harry'ego z tym porozumiewawczym wzrokiem.
- No co? - krzyknąłem. - Mam opowiadać dalej, czy wy wolicie bromansować?!
- Pewnie weszła na górę, żeby się przebrać w jakąś sexi bieliznę. - Powiedział bezsensownie Harold.
- Nie. - odparłem sucho. - Ale chciałbym żeby tak było - zaśmiałem się. - Wzięła jakieś waciki, cholernie szczypiącą wodę utlenioną i plastry. Zeszła na dół i jak widzicie - wskazałem palcem nad brew - zrobiła z tym pożądek - popatrzyłem na Harry'ego. - Potem wcisnąłem jej ten sam kit co każdej o Anie, trochę się poprzytulaliśmy, ale coś poszło nie tak, bo strzeliła mi z liścia. Gdy powiedziałem, że ten plaskacz chyba mi pomógł, wkurzyła się i wyprosiła mnie z domu uderzając mnie jeszcze raz. - dokończyłem.
- Aaaaa. Malik pobity przez dziewczynę! - wykrzykiwał Louis w niebogłosy. - Tego jeszcze nie było.
- Przestańcie - mówiłem spokojnie. - Spadam do wyra. Ciao, my little girls.
~*~
W końcu wyszedł. Myślałam, że już się nie ulotni i będzie tu siedział forever. Chyba go nie znoszę.
Poszłam na górę wziąć kąpiel i trochę się zrelaksować. Grrrrrrr. Chciałabym, żebym nie musiała iść jutro na jakiś wywiad dla mojej gazety. I to o ósmej trzydzieści. Kto to widział?!
Wyszłam z wanny mocząc kafeli, ale nawet się tym nie przejęłam. Owinęłam się tylko pierwszym lepszym ręcznikiem i poszłam do swojego pokoju. Przebrałam się w piżamkę i spojrzałam na zegarek. 2:36. O cholera! - pomyślałam. Dlaczego ja jeszcze nie śpię? Zeszłam szybciutko na dół, żeby zamknąć drzwi wejściowe, które już były zamknięte. Dziwne - pomyślałam. Nie przypominam sobie, abym chociaż dotykała zamka po pięknym trzaśnięciu drzwiami tuż przed nosem tego cholernego chłopaka.
- No nic - powiedziałam do siebie i postanowiłam jak najszybciej wrócić na górę i położyć się do miękkiego łóżeczka. Gdy już miałam wchodzić po schodach, nagle w salonie zapaliło się światło. Przestraszona zwróciłam się w tamtą stronę.
- Co jest do... - nieskończyłam bo zauważyłam jego stojącego tam tak, przy lampce nocnej.
- Powinnaś bardziej uważać, Fay - powiedział Robbie z takim spokojem, że nie mogłam w to nawet uwierzyć.
Boże jaka ona jest piękna. A jej dłonie tak delikatnie opatrzyły moją ranę. Wiedziałem, że nie ma potrzeby pojechania na pogotowie. Te jej długie włosy tak pięknie zakręcone... Cholera, cholera, cholera. Nie mogę się w niej zakochać!
Zszedłem do metra. Wsiadłem do pociągu i pojechałem tych cholernych 11 przystanków. Wysiadłem i przed moimi oczami ukazał się wysoki apartamentowiec. Nie robił już na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Wszedłem do hallu, pozdrowiłem portiera machnięciem ręki i udałem się w kierunku windy, aby wiechać na przedostatnie piętro, wynajęte całe dla nas. Wieżowiec miał dwadzieścia pięter, a jazda nie była długa. Po wyjściu zobaczyłem niedługi korytarz, dwustkrzydłowe drzwi. Nacisnąłem klamkę i ujrzałem straszny bałagan. Chyba pierwszy tak wielki od naszej przeprowadzki do stolicy. Ruszyłem dalej, omijając szerokim łukiem majtki Nialla, skarpetki Harry'ego i rozdarty podkoszulek Louisa. Co oni striptiz robili, czy co? - pomyślałem. Usłyszałem krzyki dochodzące z głębi korytarza prowadzącego do tak zwanego 'salonu gier'. Poszedłem żwawym krokiem w tamtą stronę, otworzyłem drzwi, a chłopaki w najlepsze grali w Fifę 2012.
- Zayn! W końcu przyszedłeś. Grasz z nami? - zapytał się Harry.
- Nie - odpowiedziałem z uśmiechem. - Muszę trochę odpocząć.
- Aaaaaa! - czterech młodych mężczyzn przerwało grę i zaczęli wydawać dziwne dźwięki. Tak jakby zmieszać krzyk ze śmiechem. - Malik zaliczył. Hahahahaha - Louis przebijał każdego swoim głosem. Co im dziś padło na mózg?
- Czemu tak sądzicie? - zapytałem z wielkim bananem na twarzy.
- Chłopie, nie było cię ponad cztery godziny! - krzyknął Liam. - Co ty mogłeś innego robić jak nie właśnie TO?
- A niby z kim miałbym uprawiać seks? Sam ze sobą? - udawałem debila, ale oni wiedzieli dokładnie za kim pobiegłem. Znam ich za dobrze, żeby myśleć, że mnie nie podglądali, po tej całej 'akcji' z Harry'm.
- I jak? Poskutkowała chociaż ta wasza 'bójka' czy nie? - Niall powiedział to z tym dziwnym, irlandzkim akcentem.
- Troszeczkę... Ale...
Nie dali mi dokończyć zdania bo Liam już wstawał, żeby zaprowadzić mnie jak małe dziecko za rączkę, na kanapę.
- Opowiadaj! - krzyczeli, a ja nie wiedziałem od czego mam zacząć.
- No to rozpoczęło się sami jak wiecie. Podpuszczenie ochroniarza, bójka, rozwalony łuk brwiowy ze sztuczną krwią, wejście Fay... - mówiłem wyliczając na palcach.
- A więc nazywa się Fay! To już duży krok - śmiali się chłopacy.
- ... potem wyszedłem, ona zaraz po mnie, nie zauważyła mnie więc za nią pobiegłem. Szliśmy do jej domu, bo powiedziałem, że w żadnym wypadku nie pojadę na pogotowie. Dowiedziałem się tylko, że pracuje w jakiejś gazecie i jest tuż po maturze. Weszliśmy do metra, gdzie ludzie ciągle się na nas gapili. Wysiedliśmy po jakichś dwóch, może trzech przystankach. Poszliśmy do jej domu, ona na górę do łazienki... - urwałem bo zauważyłem, że Louis popycha Harry'ego z tym porozumiewawczym wzrokiem.
- No co? - krzyknąłem. - Mam opowiadać dalej, czy wy wolicie bromansować?!
- Pewnie weszła na górę, żeby się przebrać w jakąś sexi bieliznę. - Powiedział bezsensownie Harold.
- Nie. - odparłem sucho. - Ale chciałbym żeby tak było - zaśmiałem się. - Wzięła jakieś waciki, cholernie szczypiącą wodę utlenioną i plastry. Zeszła na dół i jak widzicie - wskazałem palcem nad brew - zrobiła z tym pożądek - popatrzyłem na Harry'ego. - Potem wcisnąłem jej ten sam kit co każdej o Anie, trochę się poprzytulaliśmy, ale coś poszło nie tak, bo strzeliła mi z liścia. Gdy powiedziałem, że ten plaskacz chyba mi pomógł, wkurzyła się i wyprosiła mnie z domu uderzając mnie jeszcze raz. - dokończyłem.
- Aaaaa. Malik pobity przez dziewczynę! - wykrzykiwał Louis w niebogłosy. - Tego jeszcze nie było.
- Przestańcie - mówiłem spokojnie. - Spadam do wyra. Ciao, my little girls.
~*~
W końcu wyszedł. Myślałam, że już się nie ulotni i będzie tu siedział forever. Chyba go nie znoszę.
Poszłam na górę wziąć kąpiel i trochę się zrelaksować. Grrrrrrr. Chciałabym, żebym nie musiała iść jutro na jakiś wywiad dla mojej gazety. I to o ósmej trzydzieści. Kto to widział?!
Wyszłam z wanny mocząc kafeli, ale nawet się tym nie przejęłam. Owinęłam się tylko pierwszym lepszym ręcznikiem i poszłam do swojego pokoju. Przebrałam się w piżamkę i spojrzałam na zegarek. 2:36. O cholera! - pomyślałam. Dlaczego ja jeszcze nie śpię? Zeszłam szybciutko na dół, żeby zamknąć drzwi wejściowe, które już były zamknięte. Dziwne - pomyślałam. Nie przypominam sobie, abym chociaż dotykała zamka po pięknym trzaśnięciu drzwiami tuż przed nosem tego cholernego chłopaka.
- No nic - powiedziałam do siebie i postanowiłam jak najszybciej wrócić na górę i położyć się do miękkiego łóżeczka. Gdy już miałam wchodzić po schodach, nagle w salonie zapaliło się światło. Przestraszona zwróciłam się w tamtą stronę.
- Co jest do... - nieskończyłam bo zauważyłam jego stojącego tam tak, przy lampce nocnej.
- Powinnaś bardziej uważać, Fay - powiedział Robbie z takim spokojem, że nie mogłam w to nawet uwierzyć.
środa, 18 stycznia 2012
Three.
Stałam w łazience przez lustrem. Nie wiem jak do tego doszło. Muszę wyciągnąć te cholerne plastry, wodę utlenioną i jakieś gaziki. Uparł się, żeby nie jechać do szpitala, a jego łuk brwiowy nie wyglądał najlepiej. Zeszłam na dół, gdzie siedział w salonie na kanapie. Nie był smutny. Nie był też zadowolony, czy uradowany. Na jego twarzy poprostu nie były wipisane żadne emocje. Zeszłam na dół do salonu, gdzie czekał.
Położyłam wszystkie potrzebne rzeczy na stoliku przy sofie. Usiadłam na oparciu, tak by jego czoło było na wysokości moich ramion. Wzięłam gazik, polałam go wodą utlenioną i zaczęłam czyścić ranę.
- Auć - syknął Zayn.
- Nie chciałeś jechać na pogotowie, to teraz cierp. - powiedziałam sucho.
- Tak jest, pani doktor - uśmiechnął się.
Starałam się wykonywać wszystkie czynności jak najdelikatniej. Chociaż i tak widziałam jak wykrzywiał twarz z bółu. Myślał, że nie widziałam.
Gdy skończyłam czyścić jego czoło, odkleiłam papierki z plastra i starannie przykleiłam go na ranę.
- Gotowe - powiedziałam i wstałam, żeby wyrzucić śmieci.
- Dziękuję - odpowiedział Malik z wielkim zadowoleniem. - Nie było, aż tak strasznie, jak myślałem. - Dodał po chwili.
- Bardzo się cieszę. Chcesz coś do picia? - Zapytałam.
- Poproszę.
- Tak więc, dlaczego za mną pobiegłeś?
- Sam nie wiem.
Jak można nie wiedzieć, dlaczego się kogoś goniło? - pomyślałam.
- A dlaczego zaatkowałeś Harry'ego? - Nie dawałam mu spokoju.
- Przecież to nie jest tak, że łamię wszystkim dziewczynom, z którymi się umawiam, serca, nie?! - Zareagował trochę zbyt agresywnie.
- Spokojnie - powiedziałam, podchodząc do niego ze szklanką wody sodowej. - My się nie umawiamy, co lepsze, nawet się nie znamy. Dalej nie rozumiem twoich pobudek.
- Była kiedyś taka jedna... Znaczy się... Miała na imię Ana. To było jeszcze zanim staliśmy się 1D. Opowiedziałem o tym chłopakom, a Harry wykorzystał to wtedy w garderobie. Byłem w niej zakochany po uszy. Wydawało mi się, że ona we mnie też. Byliśmy ze sobą jakieś dwa miesiące. Przyszła do mnie kiedyś i powiedziała, że mnie nie kocha. Że nigdy mnie nie kochała, i że ma innego. Zaczęliśmy się kłócić i nie mogłem przestać na nią wrzeszczeć. Waliłem rękami w ściany i krzyczałem tak głośno, że potem byłem ździwiony, że sąsiedzi nie przyszli się poskarżyć. Ona zaczęła płakać i wybiegła na ulicę. Nie zauważyła auta i bum.... - tu się zatrzymał. -Zginęła na miejscu.- Dodał po chwili. - Widziałem to wszystko, a jednak nie mogłem nic zrobić... - Usiadł w fotelu i ukrył twarz w dłoniach. Widać, że był załamany. Podeszłam do niego i uklęknęłam obok, na podłodze.
- Ej. - szepnęłam. - Nie smuć się. Wiesz, że wszystko jest juś okay? To nie była twoja wina. - Podniosłam się z kolan i pociągnęłam Zayna za rękę, żeby wstał. Złapałam delikatnie jego twarz, patrzyłam w te jego piękne oczy i powiedziałam :
- Zayn... Wszystko jest okay. Przecież wrócisz tam dzisiaj do chłopaków i wszystko samo się poukłada. - Przytulił się do mnie. Ze zdziwienia mało co nie upadłam. - Hej. Głowa do góry koleżko. - Starałam się powoli go odepchnąć. Bo w końcu co on sobie myśli?! Że może tak poprostu do mnie przyjść, niby po plasterek, a teraz bezkarnie się do mnie przytulać. Tego było za wiele.
- Zayn! - Strzeliłam mu z liścia. Miałam dosyć jego użalania się nad sobą. - Ogarnij się. Marnujesz sobie życie.
- Wiesz, że ten plaskacz chyba dobrze mi zrobił? - powiedział. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Jaki chłopak cieszy się, że oberwał w twarz?
- Ty naprawdę jesteś dziwny. Dostałeś w tą śliczną facjatę - odparłam szybko - i nawet nie jesteś zły?! Boże, co to ma być? - odwróciłam się, bo nie mogłam tego zdzierżyć.
- Fay... - wypowiedział moje imię tak spokojnie i tak melodyjnie, że kolana się pode mną ugięły. - Dlaczego miałbym się złościć na kogoś, kto właśnie stara się przywrócić mnie do życia. Do tego jest to piękna, młoda kobieta.
O nie! Tylko bez takich! - pomyślałam.
- Malik! Wypad, ale już. Nie chcę cię widzieć! Wynocha! - zaczęłam krzyczeć.
Zayn lekko zdziwiony okrążył mnie i udał się w stronę drzwi.
- Tak w ogóle, to gdzie są twoi rodzice? - zapytał, ale w tym momencie czara goryczy została przelana.
- Czy ogłuchłeś, czy jesteś takim debilem! Powiedziałam ci, że masz zabierać stąd swoje cztery litery i wracać skąd przyszedłeś! - wyszedł na ganek, a ja za nim, by zobaczyć czy czegoś nie zmaluje na pożegnanie.
- Dostanę chociaż buziaka? - zapytał z tym cholernym uśmiechem.
Położyłam wszystkie potrzebne rzeczy na stoliku przy sofie. Usiadłam na oparciu, tak by jego czoło było na wysokości moich ramion. Wzięłam gazik, polałam go wodą utlenioną i zaczęłam czyścić ranę.
- Auć - syknął Zayn.
- Nie chciałeś jechać na pogotowie, to teraz cierp. - powiedziałam sucho.
- Tak jest, pani doktor - uśmiechnął się.
Starałam się wykonywać wszystkie czynności jak najdelikatniej. Chociaż i tak widziałam jak wykrzywiał twarz z bółu. Myślał, że nie widziałam.
Gdy skończyłam czyścić jego czoło, odkleiłam papierki z plastra i starannie przykleiłam go na ranę.
- Gotowe - powiedziałam i wstałam, żeby wyrzucić śmieci.
- Dziękuję - odpowiedział Malik z wielkim zadowoleniem. - Nie było, aż tak strasznie, jak myślałem. - Dodał po chwili.
- Bardzo się cieszę. Chcesz coś do picia? - Zapytałam.
- Poproszę.
- Tak więc, dlaczego za mną pobiegłeś?
- Sam nie wiem.
Jak można nie wiedzieć, dlaczego się kogoś goniło? - pomyślałam.
- A dlaczego zaatkowałeś Harry'ego? - Nie dawałam mu spokoju.
- Przecież to nie jest tak, że łamię wszystkim dziewczynom, z którymi się umawiam, serca, nie?! - Zareagował trochę zbyt agresywnie.
- Spokojnie - powiedziałam, podchodząc do niego ze szklanką wody sodowej. - My się nie umawiamy, co lepsze, nawet się nie znamy. Dalej nie rozumiem twoich pobudek.
- Była kiedyś taka jedna... Znaczy się... Miała na imię Ana. To było jeszcze zanim staliśmy się 1D. Opowiedziałem o tym chłopakom, a Harry wykorzystał to wtedy w garderobie. Byłem w niej zakochany po uszy. Wydawało mi się, że ona we mnie też. Byliśmy ze sobą jakieś dwa miesiące. Przyszła do mnie kiedyś i powiedziała, że mnie nie kocha. Że nigdy mnie nie kochała, i że ma innego. Zaczęliśmy się kłócić i nie mogłem przestać na nią wrzeszczeć. Waliłem rękami w ściany i krzyczałem tak głośno, że potem byłem ździwiony, że sąsiedzi nie przyszli się poskarżyć. Ona zaczęła płakać i wybiegła na ulicę. Nie zauważyła auta i bum.... - tu się zatrzymał. -Zginęła na miejscu.- Dodał po chwili. - Widziałem to wszystko, a jednak nie mogłem nic zrobić... - Usiadł w fotelu i ukrył twarz w dłoniach. Widać, że był załamany. Podeszłam do niego i uklęknęłam obok, na podłodze.
- Ej. - szepnęłam. - Nie smuć się. Wiesz, że wszystko jest juś okay? To nie była twoja wina. - Podniosłam się z kolan i pociągnęłam Zayna za rękę, żeby wstał. Złapałam delikatnie jego twarz, patrzyłam w te jego piękne oczy i powiedziałam :
- Zayn... Wszystko jest okay. Przecież wrócisz tam dzisiaj do chłopaków i wszystko samo się poukłada. - Przytulił się do mnie. Ze zdziwienia mało co nie upadłam. - Hej. Głowa do góry koleżko. - Starałam się powoli go odepchnąć. Bo w końcu co on sobie myśli?! Że może tak poprostu do mnie przyjść, niby po plasterek, a teraz bezkarnie się do mnie przytulać. Tego było za wiele.
- Zayn! - Strzeliłam mu z liścia. Miałam dosyć jego użalania się nad sobą. - Ogarnij się. Marnujesz sobie życie.
- Wiesz, że ten plaskacz chyba dobrze mi zrobił? - powiedział. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Jaki chłopak cieszy się, że oberwał w twarz?
- Ty naprawdę jesteś dziwny. Dostałeś w tą śliczną facjatę - odparłam szybko - i nawet nie jesteś zły?! Boże, co to ma być? - odwróciłam się, bo nie mogłam tego zdzierżyć.
- Fay... - wypowiedział moje imię tak spokojnie i tak melodyjnie, że kolana się pode mną ugięły. - Dlaczego miałbym się złościć na kogoś, kto właśnie stara się przywrócić mnie do życia. Do tego jest to piękna, młoda kobieta.
O nie! Tylko bez takich! - pomyślałam.
- Malik! Wypad, ale już. Nie chcę cię widzieć! Wynocha! - zaczęłam krzyczeć.
Zayn lekko zdziwiony okrążył mnie i udał się w stronę drzwi.
- Tak w ogóle, to gdzie są twoi rodzice? - zapytał, ale w tym momencie czara goryczy została przelana.
- Czy ogłuchłeś, czy jesteś takim debilem! Powiedziałam ci, że masz zabierać stąd swoje cztery litery i wracać skąd przyszedłeś! - wyszedł na ganek, a ja za nim, by zobaczyć czy czegoś nie zmaluje na pożegnanie.
- Dostanę chociaż buziaka? - zapytał z tym cholernym uśmiechem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)