Mam dla was znów niespodziankę. Chociaż czuję, że znowu nie będzie szału.
Tak więc założyłam KOLEJNEGO bloga ;) you-will-always-remember.blogspot.com
Mam nadzieję, że przynajmniej połowa z was tam wpadnie, może nawet zostawi komentarz.
Liczę na was <33
Pozdrawiam ;)
sobota, 5 maja 2012
piątek, 27 kwietnia 2012
Seventeen.
Stałam wbita w podłogę w progu mieszkania. Za plecami starałam się ukryć zakupione leki. Na darmo, bo dobrze wiedziałam, że Liam je widział. A co gorsza zacznie mnie zaraz wypytywać. I co ja mam mu powiedzieć? Przecież nie da nabrać się na jakąś głupotę, skurczybyk za mądry.
- Odpowiesz mi, co tam trzymasz? Czy mam czekać w nieskończoność? - spytał zniecierpliwiony Payne. Nie mogłam mu nie powiedzieć. Te jego piwne oczy przeszywały mnie na wskroś, aż czułam to w moim żołądku. Jego wzrok nie dawał mi spokoju. Uległam.
- To tylko leki. No wiesz, przez te omdlenia i w ogóle... - Spuściłam głowę i jedną nogą uderzałam o drugą, co stało się nagle bardzo interesującym zajęciem.
- Mogę zobaczyć?
Zawahałam się, A jeśli się dowie i powie reszcie?
- Przejdziemy się? - Zaproponowałam.
- Czemu nie.
- Nie wiem od czego mam zacząć.
- Najlepiej od początku - ponaglił mnie szatyn.
- No to powiedzmy, że nie wiem, czy w mojej rodzinie są jacyś cukrzycy i....
- Masz cukrzycę? - Wykrzyknął Liam. Dlaczego go to tak dziwi? - Nie wiem, czy wiesz, ale nie możesz pić alkoholu.
- Wiem to bardzo dobrze. Zero pijaństwa. Tak jak ty, nie? - powiedziałam i puściłam mu oczko. - Bylibyśmy idealną parą. - Zaśmiałam się. - Ale ty masz dziewczynę, ja jestem zakochana... - przerwałam i stanęłam. Payne przeszedł jeszcze kilka metrów, ale zawrócił zorientowawszy się, że nie ma mnie przy nim.
- Coś się stało? - zapytał.
- Chyba właśnie sobie uświadomiłam, że go kocham. Ale wiesz, tak naprawdę KOCHAM. I nie jestem pewna co do jego uczuć.
- Masz na myśli Zayna? Oj, jestem pewien, że cię kocha. A jeżeli powiedział to na głos, to jest to stuprocentową prawdą. On nie żartuje w takich sprawach.
- Mam do ciebie tylko jedną prośbę. Nie wspominaj o tym nikomu. Wczoraj z Malikiem prawie popsuliśmy naszą przyjaźń. A nie dopuszczę, żeby to stało się po raz kolejny. Za dużo dla mnie znaczy.
Liam kiwnął tylko głową, ale nie ruszyliśmy się z miejsca.
- Wracamy?
- Tak. Ale ani słowa o mojej chorobie. Wiem, że to aż dwie powierzone ci tajemnice, ale... Po prostu nie było rozmowy.
- Masz to jak w banku - odparł i uśmiechnął się. - Wstąpmy może do jakiegoś sklepu, żeby nie było, że wyszliśmy bez żadnego celu.
Przetarłem oczy i podniosłem się z cieplutkiego łóżka. Ziewnąłem i przeciągnąłem się z nadzieją, że odpędzę resztki snu. Stanąłem na zimnych kafelkach w przedpokoju i rozejrzałem się. Żadnej żywej duszy. Przecież to ja zawsze najdłużej spałem!
Odwróciłem się w stronę wejściowych drzwi, które zaskrzypiały. Pierwsza weszła Fay, a tuż za nią Liam obładowany mnóstwem siatek. Lekko zdziwieni, chyba moim widokiem, weszli głębiej rzucając zakupy na podłogę i ściągając buty. Bez słowa weszli do kuchni, a brunetka uraczyła mnie tylko nikłym uśmiechem. Dziwię się, że miała siły gdziekolwiek wyjść po wczorajszych wydarzeniach. Lepiej jej nie upominać.
- Co tam macie? - zapytałem zaciekawiony. Oby kupili kurczaka, bo jak nie, to się chyba wyprowadzę. Moje zdanie nigdy się nie liczy...
- Jakieś jedzenie, bo znając Horana, to do obiadu lodówka całkowicie opustoszeje.
- Kupiliście może kurczaka? - spytałem trochę się do nich przymilając. Obiąłem dwójkę rękami i przyciągnąłem ich głowy do moich ramion gładząc po policzkach. - Szzz - uciszyłem próbującego zacząć coś mówić Liama. - Mam nadzieję, że zwierze znajduje się w tych siatkach, bo jak nie to rzucę na was focha i się wyprowadzę. I nie żartuję.
Fay złapała moją dłoń i wymknęła mi się biegnąc do przedpokoju. Zawróciła zgarniając z lady portfel i założyła buty.
- A ty dokąd? - chciał wiedzieć Payne.
- Wolę kupić tego kurczaka, bo nie chcę zostać uduszona we śnie. - Zaczęła się śmiać i już chciała wychodzić, ale zatrzymałem ją.
- To ja pójdę z tobą i pomogę ci wybrać kurczaka. Wiesz, jeśli nie będzie spełniał pewych wymagań, to boję się myśleć, jakie nieszczęśliwe wypadki mogą się przytrafić domownikom.
Jechaliśmy już dobre pół godziny. Malik ubzdurał sobie przejażdżkę samochodem do jakiegoś sklepu na skraju Londynu. Co też on sobie myśli?!
- Zayn - zaczęłam niepewnie. - Nie wiem, czy wiesz, ale supermarket minęliśmy jakieś dwadzieścia minut temu.
Spojrzałam w jego stronę z lekkim zaskoczneniem, bo przez całą drogę uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Wiem o tym bardzo dobrze - odpowiedział nazbyt pewnie siebie. Cwaniaczek.
- Więc dokąd jedziesz? Jeśli nie powiesz, uznam, że mnie porywasz i zadzwonię po pomoc.
- Przykro mi Collins, ale twój telefon leży bezpiecznie u nas w domu. Poza tym, nikt cię nie porywa. No może, ale to nie tak jak sądzisz.
Zaczęłam sprawdzać kieszenie... których nie mam. Cholera! Dobra, teraz nic już nie poradzisz.
- Wysiadaj - powiedział po chwili Zayn zatrzymując się przy jakiejś bramie i wyłączając silnik samochodu.
- Ładnie tu - stwierdziłam wychodząc z auta i rozglądając się na boki.
Otaczała nas zieleń. Z każdej strony. Nie spostrzegłam nawet kiedy wjechaliśmy do lasu. No i że tak szybko wydostaliśmy się z Londynu w porannych godzinach.
- Prowadź - dodałam jeszcze i obeszłam samochód.
Chłopak złapał mnie za rękę i przeprowadził przez uchlone, żelazne wrota. Zaskrzypiały a my znaleźliśmy się w tej bardziej 'okiełznanej' części rezerwatu, czy cokolwiek to jest.
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam, ale Malik tylko uśmiechnął się pod nosem i zignorował mnie. Drażnisz byka, chłopcze!
- Więc tak wyglądają twoje zakupy i wybieranie kurczaka, huh? - spróbowałam znowu. Tym razem zaśmiał się krótko, wciąż bez odpowiedzi.
Zatrzymałam się i wyrwałam swoją dłoń z jego. Podparłam biodra i ze zdenerwowaniem wpatrywałam się w jego oczy. Czułam jakbym się rozpływała. Trzymaj się mała.
- No co? - zapytał przeciągle Zayn. - Nie mogę ci nawet zrobić niespodzianki, bo już myślisz, że cię porywam. Za kogo ty mnie masz, Fay Collins?
Uśmiechnęłam się. Jeszcze nikt się tak do mnie nie zwracał, a w jego ustach brzmiało to naprawdę zabawnie. Ale podobało mi się to.
- Zaynie Maliku - zaczęłam. - To nie tak. Po prostu nie lubię niespodzianek. No bo zazwyczaj wychodzą z tego klapy.
- Dobra, dobra. Chodź, bo już jesteśmy niedaleko.
Złapał mnie za rękę, a kciukiem gładził wierzch dłoni. Przyjemne mrowienie.
Kilka kolejnych minut przeszliśmy w milczeniu. Nie odczuwałam jakiegoś dyskomfortu, czy czegoś w tym rodzaju. Słowa raczej nie miały dla mnie znaczenia, kiedy czułam jego obecność.
Mulat zatrzymał się i powiedział:
- Zamknij oczy.
- Słucham? - spytałam zdezorientowana.
- Poprosiłem cię, żebyś zamknęła oczy - odparł z największym spokojem.
Wypełniłam jego polecenie, ale i tak poczułam jego ciepłe dłonie na mojej twarzy. Na dodatek jego oddech oplatał moją szyję i doprowadzał do szaleństwa. Skoncentruj się i nie wywróć.
Szliśmy jakimiś krętymi ścieżkami. Żwirowana dróżka nie była bezpieczna dla takiej ciamajdy jak ja. Prawo, lewo, znów prawo. Z pewnością, gdybym dostała mapę, nie trafiłabym tutaj.
- I trzy, dwa, jeden...
Do moich oczu nareszcie dotarło słońce, które przez chwile uniemożliwiało mi patrzenie. Gdy w końcu ujrzałam obraz roztaczający się przede mną zaparło mi dech w piersiach. Staliśmy na niewysokiej skarpie, a pod nami rozciągała się idealnie gładka tafla jeziora. Lazurowa i przejrzysta woda odbijała promienie słońca, które właśnie znajdowało się w zenicie. Odwróciłam się, a za nami na łące rozłożony był koc.
- Jak on się tu znalazł? - Zapytałam wskazując na pled. - Przecież jak tu szliśmy nie miałeś nic w rękach.
- Tego ci nie powiem.
Cwany uśmiech zaraz zgasł z jego twarzy, czyniąc ją pochmurną.
- To przynajmniej podaj cel naszego spotkania, w tym jakże pięknym miejscu - nalegałam.
- Może najpierw usiądźmy.
Grzecznie posłuchałam i usadowiłam się tuż obok Zayna.
- Więc... - ponagliłam chłopaka.
- Więc - zaczął, ale chwycił tylko moją rękę i milczał. Prawie słyszałam bicie swojego serca.
Wzmocnił uścisk i spróbował jeszcze raz:
- Fay Collins. - A ten znowu swoje... - Mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia. Ale zanim ci to wyjawię, chciałbym, abyś spełniła moje życzenie.
- Cokolwiek zapragniesz, panie - zażartowałam, ale chyba nie załapał.
- Przytul mnie - wyszeptał.
Nie mogłam patrzeć na jego smutną minę. Aż serce się krajało.
Momentalnie przysunęłam się do Malika ile tylko się dało i objęłam jego szyję. On zaś złapał mnie w pasie.
- Co się stało, buddy? - Zapytałam wprost do jego ucha. Dziwne, że dopiero teraz spostrzegłam, że ma przebitą chrząstkę. W tym samym miejscu co ja. Nieważne.
- Ja...
Wybełkotał kilka nie trzymających się kupy słów.
- Ja myślę, że moje uczucia trochę się skomplikowały i że nie będzie mi teraz prosto powiedzieć to, co chcę.
- Nie musisz się spieszyć, Zayn. Mamy mnóstwo czasu na takie rozmowy. Dobrze wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, bez względu na wszystko.
- Ale chodzi o to, że ja cię kocham - powiedział pośpiesznie, a znaczenie jego słów dotarło do mnie dopiero po dłuższej chwili. Zamarłam.
Od autorki:
Długo zbierałam się w sobie, żeby napisać ten rozdział. Ale z WIELKĄ pomocą @chudy96 poszło to wszystko naprzód, dlatego tą część opowiadania dedykuję własnie jej <3.
Jeśli chce ktoś być powiadamiany, to w komentarzach możecie zostawiać swoje twittery :)
No i kolejny raz dodam, że niezmiernie cieszę się, że jest was tak duuuuużoooo :)
A najprawdopodobniej jutro dodam nowy rozdział na chat-with-someone-you-know.blogspot.com także gorąco zapraszam!
Do napisania <3
PS. To jest najdłuższy rozdział jaki napisałam ( wraz z Chudą <33 )
- Odpowiesz mi, co tam trzymasz? Czy mam czekać w nieskończoność? - spytał zniecierpliwiony Payne. Nie mogłam mu nie powiedzieć. Te jego piwne oczy przeszywały mnie na wskroś, aż czułam to w moim żołądku. Jego wzrok nie dawał mi spokoju. Uległam.
- To tylko leki. No wiesz, przez te omdlenia i w ogóle... - Spuściłam głowę i jedną nogą uderzałam o drugą, co stało się nagle bardzo interesującym zajęciem.
- Mogę zobaczyć?
Zawahałam się, A jeśli się dowie i powie reszcie?
- Przejdziemy się? - Zaproponowałam.
- Czemu nie.
- Nie wiem od czego mam zacząć.
- Najlepiej od początku - ponaglił mnie szatyn.
- No to powiedzmy, że nie wiem, czy w mojej rodzinie są jacyś cukrzycy i....
- Masz cukrzycę? - Wykrzyknął Liam. Dlaczego go to tak dziwi? - Nie wiem, czy wiesz, ale nie możesz pić alkoholu.
- Wiem to bardzo dobrze. Zero pijaństwa. Tak jak ty, nie? - powiedziałam i puściłam mu oczko. - Bylibyśmy idealną parą. - Zaśmiałam się. - Ale ty masz dziewczynę, ja jestem zakochana... - przerwałam i stanęłam. Payne przeszedł jeszcze kilka metrów, ale zawrócił zorientowawszy się, że nie ma mnie przy nim.
- Coś się stało? - zapytał.
- Chyba właśnie sobie uświadomiłam, że go kocham. Ale wiesz, tak naprawdę KOCHAM. I nie jestem pewna co do jego uczuć.
- Masz na myśli Zayna? Oj, jestem pewien, że cię kocha. A jeżeli powiedział to na głos, to jest to stuprocentową prawdą. On nie żartuje w takich sprawach.
- Mam do ciebie tylko jedną prośbę. Nie wspominaj o tym nikomu. Wczoraj z Malikiem prawie popsuliśmy naszą przyjaźń. A nie dopuszczę, żeby to stało się po raz kolejny. Za dużo dla mnie znaczy.
Liam kiwnął tylko głową, ale nie ruszyliśmy się z miejsca.
- Wracamy?
- Tak. Ale ani słowa o mojej chorobie. Wiem, że to aż dwie powierzone ci tajemnice, ale... Po prostu nie było rozmowy.
- Masz to jak w banku - odparł i uśmiechnął się. - Wstąpmy może do jakiegoś sklepu, żeby nie było, że wyszliśmy bez żadnego celu.
Przetarłem oczy i podniosłem się z cieplutkiego łóżka. Ziewnąłem i przeciągnąłem się z nadzieją, że odpędzę resztki snu. Stanąłem na zimnych kafelkach w przedpokoju i rozejrzałem się. Żadnej żywej duszy. Przecież to ja zawsze najdłużej spałem!
Odwróciłem się w stronę wejściowych drzwi, które zaskrzypiały. Pierwsza weszła Fay, a tuż za nią Liam obładowany mnóstwem siatek. Lekko zdziwieni, chyba moim widokiem, weszli głębiej rzucając zakupy na podłogę i ściągając buty. Bez słowa weszli do kuchni, a brunetka uraczyła mnie tylko nikłym uśmiechem. Dziwię się, że miała siły gdziekolwiek wyjść po wczorajszych wydarzeniach. Lepiej jej nie upominać.
- Co tam macie? - zapytałem zaciekawiony. Oby kupili kurczaka, bo jak nie, to się chyba wyprowadzę. Moje zdanie nigdy się nie liczy...
- Jakieś jedzenie, bo znając Horana, to do obiadu lodówka całkowicie opustoszeje.
- Kupiliście może kurczaka? - spytałem trochę się do nich przymilając. Obiąłem dwójkę rękami i przyciągnąłem ich głowy do moich ramion gładząc po policzkach. - Szzz - uciszyłem próbującego zacząć coś mówić Liama. - Mam nadzieję, że zwierze znajduje się w tych siatkach, bo jak nie to rzucę na was focha i się wyprowadzę. I nie żartuję.
Fay złapała moją dłoń i wymknęła mi się biegnąc do przedpokoju. Zawróciła zgarniając z lady portfel i założyła buty.
- A ty dokąd? - chciał wiedzieć Payne.
- Wolę kupić tego kurczaka, bo nie chcę zostać uduszona we śnie. - Zaczęła się śmiać i już chciała wychodzić, ale zatrzymałem ją.
- To ja pójdę z tobą i pomogę ci wybrać kurczaka. Wiesz, jeśli nie będzie spełniał pewych wymagań, to boję się myśleć, jakie nieszczęśliwe wypadki mogą się przytrafić domownikom.
Jechaliśmy już dobre pół godziny. Malik ubzdurał sobie przejażdżkę samochodem do jakiegoś sklepu na skraju Londynu. Co też on sobie myśli?!
- Zayn - zaczęłam niepewnie. - Nie wiem, czy wiesz, ale supermarket minęliśmy jakieś dwadzieścia minut temu.
Spojrzałam w jego stronę z lekkim zaskoczneniem, bo przez całą drogę uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Wiem o tym bardzo dobrze - odpowiedział nazbyt pewnie siebie. Cwaniaczek.
- Więc dokąd jedziesz? Jeśli nie powiesz, uznam, że mnie porywasz i zadzwonię po pomoc.
- Przykro mi Collins, ale twój telefon leży bezpiecznie u nas w domu. Poza tym, nikt cię nie porywa. No może, ale to nie tak jak sądzisz.
Zaczęłam sprawdzać kieszenie... których nie mam. Cholera! Dobra, teraz nic już nie poradzisz.
- Wysiadaj - powiedział po chwili Zayn zatrzymując się przy jakiejś bramie i wyłączając silnik samochodu.
- Ładnie tu - stwierdziłam wychodząc z auta i rozglądając się na boki.
Otaczała nas zieleń. Z każdej strony. Nie spostrzegłam nawet kiedy wjechaliśmy do lasu. No i że tak szybko wydostaliśmy się z Londynu w porannych godzinach.
- Prowadź - dodałam jeszcze i obeszłam samochód.
Chłopak złapał mnie za rękę i przeprowadził przez uchlone, żelazne wrota. Zaskrzypiały a my znaleźliśmy się w tej bardziej 'okiełznanej' części rezerwatu, czy cokolwiek to jest.
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam, ale Malik tylko uśmiechnął się pod nosem i zignorował mnie. Drażnisz byka, chłopcze!
- Więc tak wyglądają twoje zakupy i wybieranie kurczaka, huh? - spróbowałam znowu. Tym razem zaśmiał się krótko, wciąż bez odpowiedzi.
Zatrzymałam się i wyrwałam swoją dłoń z jego. Podparłam biodra i ze zdenerwowaniem wpatrywałam się w jego oczy. Czułam jakbym się rozpływała. Trzymaj się mała.
- No co? - zapytał przeciągle Zayn. - Nie mogę ci nawet zrobić niespodzianki, bo już myślisz, że cię porywam. Za kogo ty mnie masz, Fay Collins?
Uśmiechnęłam się. Jeszcze nikt się tak do mnie nie zwracał, a w jego ustach brzmiało to naprawdę zabawnie. Ale podobało mi się to.
- Zaynie Maliku - zaczęłam. - To nie tak. Po prostu nie lubię niespodzianek. No bo zazwyczaj wychodzą z tego klapy.
- Dobra, dobra. Chodź, bo już jesteśmy niedaleko.
Złapał mnie za rękę, a kciukiem gładził wierzch dłoni. Przyjemne mrowienie.
Kilka kolejnych minut przeszliśmy w milczeniu. Nie odczuwałam jakiegoś dyskomfortu, czy czegoś w tym rodzaju. Słowa raczej nie miały dla mnie znaczenia, kiedy czułam jego obecność.
Mulat zatrzymał się i powiedział:
- Zamknij oczy.
- Słucham? - spytałam zdezorientowana.
- Poprosiłem cię, żebyś zamknęła oczy - odparł z największym spokojem.
Wypełniłam jego polecenie, ale i tak poczułam jego ciepłe dłonie na mojej twarzy. Na dodatek jego oddech oplatał moją szyję i doprowadzał do szaleństwa. Skoncentruj się i nie wywróć.
Szliśmy jakimiś krętymi ścieżkami. Żwirowana dróżka nie była bezpieczna dla takiej ciamajdy jak ja. Prawo, lewo, znów prawo. Z pewnością, gdybym dostała mapę, nie trafiłabym tutaj.
- I trzy, dwa, jeden...
Do moich oczu nareszcie dotarło słońce, które przez chwile uniemożliwiało mi patrzenie. Gdy w końcu ujrzałam obraz roztaczający się przede mną zaparło mi dech w piersiach. Staliśmy na niewysokiej skarpie, a pod nami rozciągała się idealnie gładka tafla jeziora. Lazurowa i przejrzysta woda odbijała promienie słońca, które właśnie znajdowało się w zenicie. Odwróciłam się, a za nami na łące rozłożony był koc.
- Jak on się tu znalazł? - Zapytałam wskazując na pled. - Przecież jak tu szliśmy nie miałeś nic w rękach.
- Tego ci nie powiem.
Cwany uśmiech zaraz zgasł z jego twarzy, czyniąc ją pochmurną.
- To przynajmniej podaj cel naszego spotkania, w tym jakże pięknym miejscu - nalegałam.
- Może najpierw usiądźmy.
Grzecznie posłuchałam i usadowiłam się tuż obok Zayna.
- Więc... - ponagliłam chłopaka.
- Więc - zaczął, ale chwycił tylko moją rękę i milczał. Prawie słyszałam bicie swojego serca.
Wzmocnił uścisk i spróbował jeszcze raz:
- Fay Collins. - A ten znowu swoje... - Mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia. Ale zanim ci to wyjawię, chciałbym, abyś spełniła moje życzenie.
- Cokolwiek zapragniesz, panie - zażartowałam, ale chyba nie załapał.
- Przytul mnie - wyszeptał.
Nie mogłam patrzeć na jego smutną minę. Aż serce się krajało.
Momentalnie przysunęłam się do Malika ile tylko się dało i objęłam jego szyję. On zaś złapał mnie w pasie.
- Co się stało, buddy? - Zapytałam wprost do jego ucha. Dziwne, że dopiero teraz spostrzegłam, że ma przebitą chrząstkę. W tym samym miejscu co ja. Nieważne.
- Ja...
Wybełkotał kilka nie trzymających się kupy słów.
- Ja myślę, że moje uczucia trochę się skomplikowały i że nie będzie mi teraz prosto powiedzieć to, co chcę.
- Nie musisz się spieszyć, Zayn. Mamy mnóstwo czasu na takie rozmowy. Dobrze wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, bez względu na wszystko.
- Ale chodzi o to, że ja cię kocham - powiedział pośpiesznie, a znaczenie jego słów dotarło do mnie dopiero po dłuższej chwili. Zamarłam.
Od autorki:
Długo zbierałam się w sobie, żeby napisać ten rozdział. Ale z WIELKĄ pomocą @chudy96 poszło to wszystko naprzód, dlatego tą część opowiadania dedykuję własnie jej <3.
Jeśli chce ktoś być powiadamiany, to w komentarzach możecie zostawiać swoje twittery :)
No i kolejny raz dodam, że niezmiernie cieszę się, że jest was tak duuuuużoooo :)
A najprawdopodobniej jutro dodam nowy rozdział na chat-with-someone-you-know.blogspot.com także gorąco zapraszam!
Do napisania <3
PS. To jest najdłuższy rozdział jaki napisałam ( wraz z Chudą <33 )
środa, 11 kwietnia 2012
Deciseis
Przez jedyne okno w tym pokoju światło Księżyca padało idealnie na moją twarz. Nie dawało mi to spać. Tymbardziej, zapach Malika unosił się w pomieszczeniu mącąc mi w głowie. Tak więc leżałam w jego łóżku i myślałam o minionym dniu. Pomyśleć, że gdybym nie wyszła z Niallem nie skończyłabym w szpitalu z wykryciem cukrzycy, a on nie spałby teraz u siebie zalany w trupa.
Otworzyłam przemęczone i pewnie przekrwione oczy i odwróciłam się na prawy bok, aby spojrzeć na zegarek. Trzecia dwadzieścia osiem. Niezły czas już się tu męczę.
Dotknęłam swojego brzucha, czując jakby trochę się skurczył i zaczął burczeć.
Podniosłam się, tak jak zalecał lekarz, powoli i nie gwałtownie. Brak zawrotów głowy był ewidentnie dobrym objawem. Przeszłam po miękkim, wełnianym dywanie, a następnie wyszłam z pokoju Zayna. Na paluszkach udałam się do kuchni. Po ciemku nie było zbyt łatwo, ale jakoś dotarłam. Wypalcowałam tylko wielkie lustro, potknęłam się o jakiś ręcznik i znalazłam czyjeś bokserki, które ominęłam szerokim łukiem.
Zapaliłam światło, ale zaraz przypomniałam sobie, że Mulat śpi obok, a kuchnię od salonu oddzialała cienka ściana. A co mi tam, niech cierpi.
Z premedytacją mocno stąpałam po kafelkach, podeszłam do lodówki i otworzyłam ją z impetem. Wyciągnęłam dżem truskawkowy, postawiłam go na blacie i podłączyłam toster do kontaktu. Wskoczyłam na szafki i z nudów zaczęłam machać nogami.
Nagle usłyszałam jakiś stłumiony huk. Chwilę potem w salonie rozległy się pojękiwania, więc zeskoczyłam i poszłam w tamtą stronę.
Przekraczając próg nacisnęłam włącznik lampy i ujrzałam Zayna leżącego na podłodze. Swoją twarz zasłaniał dłońmi.
- Zgaś to, proszę - szepnął. Grzecznie wypełniłam jego polecenie i wyszłam z pokoju zostawiając go tam na pastwę losu. Mam go gdzieś. Jak dla mnie, to może nawet spać na podłodze.
Wchodząc do kuchni spojrzałam na gotowe już tosty. Jak ja to kocham. Położyłam je na talerzyku i zaczęłam je smarować, lekko parząc sobie dłonie. Gdy już zaczęłam je jeść, nie ukrywałam się z chrupaniem. Bo przecież zemsta jest słodka. A Malik jeszcze pożałuje, że mnie tu ściągnął.
- Co tak głośno jesz? - zapytał chłopak wchodząc do ciepłego pomieszczenia rozświetlonego jedną żarówką. Przyćmione światło ukazywało jego zapuchnięte oczy, które teraz przecierał z niezadowoleniem. Szurając nogami podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy. Kiwnęłam głową w stronę opiekacza i odpowiedziałam:
- Tosty z dżemem truskawkowym. Jak chcesz, to toster jeszcze na ciebie czeka. - Posłałam mu sztuczny uśmiech, a w myślach dodałam 'W przeciwieństwie do mnie.'
- Dlaczego jesteś dla mnie taka oschła i zimna? Co ja ci takiego zrobiłem?
Delikatnie i nie robiąc żadnego hałasu odstawiłam talerzyk i zaczęłam bacznie obserwować czarnowłosego, by ocenić, czy nie zgrywa się, czy pyta na serio. Ale takie oczy nie mogą kłamać, nie? Zdawałam sobie również sprawę z tego, że ciężko dyszłam, a nas dzieliły dosłownie centymetry.
- Może dlatego, - zaczęłam - że nie mam zamiaru być niczyim zastępstwem. Nie mam ochoty być tą drugą, jakimś popychadłem, czy wypełniaczem twojego zasranego czasu. Po prostu mam dość ustawiania mnie po kątach.
Moje lekkie podenerwowanie zamieniło się w gniew. Jednak musiałam się opanować, jeżeli nie chciałam obudzić całego domu.
- Nie rozumiem o czym mówisz - odrzekł z największym spokojem Zayn. W jego oczach ujrzałam jakieś bliżej nieopisane iskierki. Na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek. Podniósł prawą dłoń i odgarnął jakieś zbłąkane pasemko włosów znad moich oczu. Strąciłam jego rękę, która prawdopodobnie zmierzała teraz do mojego policzka. Odwróciłam się do niego plecami i oparłam się o kuchenne szafki. Ich brązowy blat przypominał mi trochę jego tęczówki. Ogarnij się Fay! Spokojnie. To przecież kolejny dupek, który za niedługo się od ciebie odczepi. A gdy zacznie ci na nim bardziej zależeć, zostawi cię i zniknie. Dokładnie jak Robbie.
Na myśl o nim łzy napłynęły mi do oczu. Ale nie mogłam pokazać Malikowi swojej słabości. Szybko wytarłam się i wyprostowałam. Nie miałam jednak odwagi odwrócić się i popatrzeć na niego. Jeszcze nie teraz.
- Powiesz coś? Cokolwiek? - Zapytał szeptem.
- Cokolwiek.
Zaraz chyba wybuchnę śmiechem. Ze skrajności w skrajność.
Poczułam jak ktoś od tyłu zaciska swoje dłonie na moich ramionach. I to dość mocno. Nie ma mowy o ucieczce. Nachylił się nad moim uchem i zaczął szeptać. Czułam jego oddech na szyi.
- Już nie potrafię wytrzymać, Fay. Szaleję, gdy tylko stoisz przede mną. Nie mówiąc już o tym, że gdy na mnie patrzysz moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa. I przepraszam, że dopiero dzisiaj sobie to uświadomiłem. A teraz jak jakiś debil staram się naprawić swoją głupotę.
- Nie jesteś żadnym debilem - również wyszeptałam odwracając się. Przytuliłam się do niego nie spoglądając nawet w jego oczy. Wciągnęłam jego zapach, który znałam za dobrze. Bo przecież towarzyszył mi on już od dłuższego czasu. - I mi też jest ciężko, gdy się kłócimy. To nawet niecały dzień, jak nie rozmawialiśmy, a ja strasznie się z tym czuję. Mam dość kłótni.
Ziewnęłam sobie. Dziwnym trafem przy nim zachciało mi się spać. Poczułam jak moje nogi odrywają się od ocieplonych przez nasze stopy kafelek. Ręce zarzuciłam na szyję Mulata, który zaniósł mnie do jego sypialni. Delikatnie położył mnie na jego łózku, a sam ułożył się tuż za mną. Przykryliśmy się kołdrą, Zayn obiął mnie w pasie i zasnęliśmy.
Rozbudzona poczułam, jak mój policzek nagrzewa się od promieni słonecznych wpadających przez niezasłonięte okno. Otworzyłam zaspane oczy i spojrzałam na zegarek. Dopiero, gdy nabrałam ostrości, odczytałam siódmą rano. Przewróciłam się na drugi bok, by spojrzeć na osobę, która przez całą noc tuliła się do mnie. Ujrzałam słodko śpiącego Zayna, który co jakiś czas pomlaskiwał. Powoli, najpierw na łokciach, podniosłam się i zeszłam z łóża. Znów brak zawrotów głowy. Jest coraz lepiej.
Podeszłam do jeszcze niewypakowanej walizki i zaczęłam się ubierać. Podejrzewałam, że mały spacer do apteki nie będzie złym pomysłem. Wciągnęłam jakieś sprane rurki, białą bokserkę i niebieskie vany z cieńszą podeszwą.
Obejrzałam się jeszcze na Malika. Nie mogłam jednak oprzeć się chęci podejścia do niego. Bezszelestnie obeszłam łóżko i cichutko przykucając przy jego boku, połaskotałam go za uchem. Odpowiedział mi jego cichy pomruk i lekkie uniesienie ramienia. Zwycięstwo.
Wyszłam z hollu i skręciłam w lewo. Londyn w tej dzielnicy dawno się obudził. Weszłam w jakąś uliczkę i moim oczom ukazała się apteka. Bez zastanowienia przekroczyłam jej próg i znalazłam się w sterylnym pomieszeniu. Podeszłam do lady i podałam jakiejś młodej kobiecie swoją receptę. Obrzuciła mnie litościwym wzrokiem i zniknęła na zapleczu. Po chwili wróciła z kilkoma pudełkami leku, zapłaciłam, pożegnałam ekspedientkę ciepłym uśmiechem i z zadowoleniem opuściłam sklep z siateczką w ręku. Wróciłam do apartamentu.
***
Ziewnąłem i niechętnie podniosłem się z ciepłego jeszcze łóżka. Wszedłem do łazienki, wziąłem prysznic i opuściłem ją kierując się do kuchni. Wszyscy jeszcze spali. Jak mogą marnować tak wspaniały dzień?!
Usłyszałem jak ktoś wchodzi do mieszkania. Kto o tej godzinie stąd wychodził?
Stanąłem na korytarzu i wyczekiwałem przybysza. Drzwi otworzyły się, a w nich stała zdezorientowana Fay, z jakąś tajemniczą siateczką w ręku.
- Co tam chowasz za plecami? - Spytałem, a ona nie odpowiedziała.
czwartek, 5 kwietnia 2012
Fifteen.
Od autorki:
Widzę ile osób potwierdziło, że czyta moje wypociny i jestem niezmiernie szczęśliwa, że jest Was tak dużo. Myślałam, że będzie około piętnastu osób, nie więcej. Tymczasem jest Was trzy razy tyle! Nie potrafię opisać swojego szczęścia i zadowolenia. Mam tylko nadzieję, że skoro ustawiłam anonimowe komentarze będzie ich coraz więcej. Szczególne znaczenie ma dla mnie krytyka, bo zawsze staram się robić to z całym moim sercem i jak najdokładniej. Także nie przynudzam, ale życzę miłego czytania <3
***
Jak dobrze, że miałem przy sobie telefon, pomyślałem siedząc w poczekalni. Gdyby nie to pewnie nie dowiózłbym ją taksówką na czas.
Z rozmyślań wyrwał mnie odgłos ciężkich kroków. Odwróciłem głowę, żeby spojrzeć w tamtą stronę. Średniego wzrostu blondyn zataczał się od ściany do ściany wąskiego korytarza. Musiał być mocno nawalony. Ale zaraz, przecież to jest Niall. Momentalnie wstałem z niebieskiego, plastikowego krzesełka i podbiegłem do chłopaka. Złapałem go za ramiona i zacząłem nim potrząsać. Może przynajmniej trochę otrzeźwieje.
- Niall, co ty tu robisz? - zapytałem.
- Przyszedłem do mojej ukochanej - wybełkotał.
- Usiądź - poradziłem mu delikatnie kierując na krzesełka. Zrobił to i momentalnie schował głowę między kolana, jakby miał zamiar zwymiotować. Jestem ciekawy ile zdążył wypić przez tak krótki czas. No i skąd wiedział, że Fay trafiła do szpitala? A, to pewnie Liam...
Wyciągnąłem telefon i wykręciłem numer przyjaciela. Usłyszałem kilka sygnałów po czym odezwał się jego głos.
- Zayn? Coś się stało? Co z Fay?
- Z nią wszystko dobrze, przeprowadzają jej jeszcze badania. Zastanawiam się tylko, co tutaj robi Niall. I to całkowicie zalany - Zawiesiłem głos, a moje ostatnie słowa dźwięczały mi w głowie. Uciążliwe...
- Wiesz - zaczął brunet. - Zamiast zadzwonić do ciebie wykręciłem jego numer. To znaczy nie wykręciłem. Używam szybkiego wybierania, jak wiesz, no i cyferki mi się popieprzyły.
- Kurwa, Liam, co ja mam teraz z nim zrobić? - Zacząłem krzyczeć.
- Uspokój się, jesteś w szpitalu - skarcił mnie.
- Dobrze wiem, że jestem w szpitalu. Ale jak mam być spokojny, skoro mój kumpel, nawalony jak nie powiem kto, siedzi tutaj i prawie rzyga?! Co ja mam z nim, do jasnej cholery zrobić?
- Po pierwsze nie przeklinaj. A po drugie zaraz tam będę i go zabiorę - powiedział głosem jak najbardziej wyzbytym z emocji. Co dziwne, bo zawsze przy Danielle stawał się bardziej rozrywkowy. I prawie potrafiłem sobie wyobrazić jego miny, gdy się przeistaczał. Delikatnie ściągnięte brwi, usta wykrzywione ku górze i rozszerzone źrenice. Cały Liam.
- Mam nadzieję, że się pospieszysz, bo jak mi się tu zbełta, to nie będę tego sprzątał. No i nie mam zamiaru się za niego tłumaczyć, jest dorosły. Ale najwyraźniej jego zachowanie na to nie wskazuje.
Rozłączyłem się i spojrzałem na Nialla z politowaniem. Dawno nie widziałem go w takim stanie. Poprawka. NIGDY nie widziałem go w takim stanie. Zalany w trupa, pozbawione koloru policzki, podkrążone oczy i sine wargi. Totalny wrak.
- Zayn - zaczął, a ja wiedziałem, co już za chwilę się stanie. - Niedobrze mi.
Odwróciłem się. Naprzeciw mnie znajdowały się drzwi z napisem WC. Dlaczego wcześniej ich nie zauważyłem? Pociągnąłem za klamkę, a następnie podniosłem przyjaciela pod pachy. Słaniał się na nogach, a jego waga wcale mi nie pomagała. Otworzyłem pierwszą lepszą kabinę, a chłopak instynktownie podniósł deskę i zaczął wymiotować. Ten odgłos był nie do zniesienia. Także wyszedłem na korytarz i już miałem siadać, gdy z gabinetu wyłonił się lekarz z miną pozbawioną wyrazu. Wysoki, brunet po trzydziestce trzymał w ręku jakąś tabliczkę, a oczy miał przymrużone. Coś musiało się stać. Podszedłem do niego i zapytałem:
- Co z nią? Czy to coś poważnego? Wyjdzie z tego?
- Spokonie, bez nerwów. To nic, czym można byłoby się za bardzo denerwować. Jednak pacjentka nie wyraziła zgody na poinformowanie kogokolwiek o jej stanie zdrowia, więc niewiele mogę panu powiedzieć. Jeśli panna Collins będzie się stosowała do moich zaleceń wszystko będzie w pożądku, a jej życie wróci do normy. A teraz pana przepraszam, ale inni pacjenci czekają.
Wyminął mnie i udał się na sam koniec korytarza, żeby następnie skręcić w lewo i zniknąć mi z pola widzenia.
W łazience ucichło. Wszedłem tam trochę podenerwowany. Niepotrzebnie. Niall stał przy drzwiach pochylając się. Wyglądał jakby łaknął każdego oddechu, który pomógłby mu otrzeźwieć. Położyłem swoją dłoń na jego plecach, by za chwilę powiedzieć:
- Niall, musimy już iść. Liam pewnie na nas czeka.
Chwyciłem go za ramię i wyprowadziłem z toalety. Fay równocześnie wyszła z gabinetu naprzeciwko. Z podciągniętym jednym rękawem wacikiem przecierała zgięcie łokcia. Morfologia. Spojrzała mi w oczy, ale szybko odwróciła głowę, jak poparzona. Spuściła wzrok i w ciszy zaczęła iść razem z nami do wyjścia. Blondyn lekko kiwał się, ale dawał radę, więc nie było tak źle.
Zauważyłem, że Fay trzyma jakąś kartkę w dłoni, więc zapytałem:
- Nie powiesz mi co to jest? Co tam trzymasz?
Momentalnie zgięła papier w pół i schowała do tylnej kieszeni spodni.
- To tylko wypis.
Więcej nie naciskałem. Wyszliśmy przed budynek i wsiedliśmy so jakże znanego nam jeepa Liama, który właśnie podjechał. Po jego minie wnioskowałem, że nie był zadowolony ze swojej pomyłki. Kazałem dziewczynie usiąść z przodu, a ja z tym pijaczyną wsiedliśmy do tyłu.
- Mam nadzieję, że nie będzie rzygał - odezwał się niepewnie kierowca.
- Raczej nie. Przed chwilą już to zrobił.
- Co mu jest? - Zapytała brunetka odwracając się w naszą stronę, na tyle ile pozwalał jej pas bezpieczeństwa.
- Nachlał się. I to w pewnym sensie przez ciebie - odparłem.
- Jak to przeze mnie? - Oburzyła się. - Ja mu niczego nie kazałam, tymbardziej upijać się. I to do nieprzytomności!
- Spokojnie - zaczął Liam. - Chodzi o to, że nie wyszło wam to, co zaplanował no i....
- Ja tu wciąż jestem. Bez względu na to, w jakim stanie - odezwał się Niall bełkocząc. Ale od niego śmierdzi.
Jechaliśmy windą. Strasznie tu duszno. Chyba Niall zabiera tyle powietrza. Ale dlaczego mam u nich zamieszkać? Znacznie wygodniej byłoby mi w moim łóżku, w moim domu. Bez dwóch zdań. Jednak trzech na jednego, nie miałam żadnych szans. Nawet nie licząc tego blondwłosego pijaka, byłam na przegranej pozycji. Nie mówiąc już, żeby któryś z nich mnie poparł...
Usłyszałam dzwonek, oznajmiający dotarcie na porządane piętro. Zabawne, że wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Drzwi otworzyły się, a ja miałam chyba deja vu. Wyszliśmy na korytarz, ale skręciliśmy tuż za rogiem. Moim oczom ukazały się wielkie, mahoniowe i na dodatek dwuskrzydłowe drzwi. Liam nacisnął klamkę, a we mnie uderzył tak bardzo znany mi zapach. Nie potrafiłam go określić, ale właśnie tak pachniał Zayn, gdy przychodził do mnie w odwiedziny.
Przekroczyliśmy próg i znaleźliśmy się w przepięknym mieszkaniu. Wiedziałam, że takie jest. Nie miałam co do tego wątpliwości, chociaż nawet go nie zwiedziłam.
Mulat rzucił moją torbę z ubraniami w kąt salonu, który połączony był razem z kuchnią zaraz przy wyjściu z przedpokoju. Brzoskwiniowe ściany i dębowe meble idealnie do siebie pasowały. No i muszę przyznać, że byłam zaskoczona, że pięciu mężczyzn poradziło sobie z udekorowaniem tego mieszkania z takim smakiem. Wszystko zrównoważone i skomponowane z otoczeniem. Kto by przypuszczał?
- Masz może ochotę na coś do jedzenia przed pójściem spać? - zaoferował się Liam.
- Ja mam! - krzyknął Niall, chyba powoli dochodząc do siebie.
- Skoro tak dobrze już się czujesz i masz ochotę na jedzenie - zaczął Zayn - to możesz sobie zrobić sam. Kanapki mogą być, Fay? - zapytał mnie a ja kiwnęłam głową na potwierdzenie. Nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Nie po tym, co dzisiaj się stało. No bo niby pragnęłam tego, i to bardzo, ale w końcu co on sobie myśli? Że skoro nie ma Cassie, to ja mogę być jej zastępstwem? Nie ma mowy.
- Tak w ogóle, to która jest godzina? - Spytałam chłopaków.
- Dochodzi druga - powiedział Payne spoglądając na zegarek.
Lekko skrępowana skierowałam się na kanapę do dużego pokoju. Usiadłam, a nogi podciągnęłam do klatki piersowej. Nie czuję się tu dobrze. Ale to pierwszy dzień. Miałam nadzieję, że będzie tylko lepiej.
Z zamyślenia wyrwał mnie krzyk Zayna z innego pokoju.
- Będziesz spała u mnie w pokoju, a ja na kanapie. Myśle, że tak będzie najlepiej.
Bez zastanowienia odparłam.
- Chętnie prześpię się tutaj. - Poklepałam sofę, strasznie twardą sofę. - Tylko dajcie mi jakiś koc i poduszkę. W końcu nie możesz mi oddać swojego łózka, a tymbardziej pokoju. Nie czułabym się z tym dobrze.
Chłopak wszedł do salonu, ale zatrzymał się zaraz za drzwiami. Nie uraczył mnie nawet spojrzeniem.
- Ważne, że ja czuję się z tym dobrze. Śpisz u mnie. Postanowione.
Nie było najmniejszego sensu wykłócać się z nim o to teraz. Za niedługo plecy będą go tak bolały, że będzie błagał o swoje cztery ściany lub przynajmniej jakiś materac. Ale pozwólmy losowi działać po kolei.
niedziela, 25 marca 2012
Catorce.
Auć, pomyślałam. Czułam jak pulsująca krew rozsadza mi czaszkę. Powieki strasznie mi ciążyły i nie miałam najmniejszej ochoty ich podnosić. Usłyszałam jakieś szmery. Ktoś się kłócił. Tak, to była zdecydowanie kłótnia. A mi było strasznie niewygodnie. I w dodatku moje nogi były uniesione wysoko ponad normę.
Starając przewrócić się na prawy bok wydałam z siebie zduszony jęk. Tylko brakowało, żebym spadła z tego, na czym leżę i moje życie od razu stałoby się zabawniejsze. No i ironia odegrałaby w nim wielką rolę.
- Czy ona się obudziła? - usłyszałam znajomy, zatroskany głos. Jednak nie potrafiłam dopasować go do twarzy. Im bardziej wytężałam umysł, tym większy zadawałam sobię ból. Także zaprzestałam wszelkich starań, bo nie przecież nie jestem masochistką, no nie?
- Wyglada na to, że powoli dochodzi do siebie.
Kolejny znajomy głos, kolejna pustka w głowie. Czy ktoś zrobił mi pranie mózgu?! - krzyczałam w myślach. Gdybym tylko mogła otworzyć oczy, usiąść i po prostu pogadać z tymi dwoma facetami, którzy, jak mniemam, nachylali się nade mną. Czułam ich oddech na mojej szyji.
- Zostawicie ją w spokoju - odezwał się trzeci głos. Kolejny niemniej znany od dwóch pozostałych. - Dziewczyna musi mieć jak największy dostęp do świerzego powietrza. - Mój gość. Jeśli w tym momencie mnie 'bronił', miał chłopak u mnie dodatkow punkt.
- To może ja otworzę jeszcze kilka okien, co? - zaoferował się pierwszy.
- Nie bo nam się zaziębi - odparł drugi.
- A ty skąd możesz wiedzieć takie rzeczy? - wykłócał się znowu.
- Bo przechodziłem kurs pierwszej pomocy!
Cholera. Kto przechodził kurs pierwszej pomocy? Ja wiem kto. Ja go znam. Już mi o tym kiedyś wspominał. Tak, wysoki szatyn o bursztynowych tęczówkach. Tylko jak on miał na imię? Zick? Zac?
- Zayn! - wykrzknął trzeci głos. - Błagam cię, uspokój się. Przecież nic jej nie będzie.
- Zawsze tylko 'Zayn to, Zayn tamto'. Mam już tego dosyć. Przynajmniej ty mógłbyś mnie w tym momencie nie upominać.
Tak, to Zayn robił ten kurs. Jeszcze chwila, a przypomnę sobie dwa pozostałe imiona. A raczej oni mi je przypomną.
- Idę się czegoś napić - usłyszałam drugiego. - Kilka głębszych pozwoli zapomnieć mi o tej całej naszej nieudanej randce.
- Niall - powiedział trzeci. - Nie waż się przychodzić tutaj pijany. Jeśli masz zamiar się nawalić, to zrób coś dla nas i przenocuj w hotelu.
Ciężkie, oddalające się kroki.
- A i zapomniałem o jednym - dodał jeszcze. - Tylko nie skończ w łózku z jakąś prostytutką. Bo będziesz później żałował.
Tuż obok mojego ucha usłyszałam zduszony chichot. To pewnie Zayn. Jego piękny śmiech przyprawił mnie o przyjemnie dreszcze.
- Liam - powiedział chłopak siedzący tuż obok mnie. - A ty przypadkiem nie wybierałeś się do Danielle?
- O Jezu! Na śmierć zapomniałem - wykrzykiwał 'Liam'. - Mam nadzieję, że mnie nie zabije.
Głośne trzaśnięcie drzwiami. Poczułam zimny powiew. Okropny dreszcz przeszył mnie aż do stóp. Cicho jęknęłam.
- Fay... - zaczął cichutko Zayn. - Fay, słyszysz mnie?
Wydałam z siebie zgłuszony pomruk.
- Jeśli mnie słyszysz, to nie wysilaj się, żeby coś mówić. Po prostu leż. Wiesz.... Zemdlałaś tam na dachu... Martwiliśmy się o ciebie. Ale już wszystko w porządku.
Jego słowa działały kojąco na ten nieznośny ból głowy.
- Zaraz wracam - usłyszałam.
Momentalnie otworzyłam oczy i podniosłam rękę, żeby złapać jego dłoń. Jednak odmówiła mi posłuszeństwa. Spojrzałam w górę, ale nic nie widziałam. Kompletna ciemność. Jeszcze chwila i zwariuje, pomyślałam. Poddałam się i opuściłam powieki.
- Fay... - znów usłyszałam jak jedwabiście przeciąga moje imię.
Podniósł moją dłoń, która przez krótką chwilę spoczywała na podłodze i położył ją obok mnie. Ale jednak nie puszczał jej, jakby bał się, że mu ucieknę. Huh, przecież to on właśnie uciekał mi.
- Nie odchodź - ledwo wyszeptałam.
Na swoim policzku poczułam delikatne łaskotanie. Domyśliłam się, że to palce Zayna mnie smyrają.
- Ciiii - uspokoił mnie i znów połaskotał mnie po twarzy, a ja odpowiedziałam delikatnym uśmiechem.
- Zaśpiewasz mi coś? - zapytałam, wysilając się bardziej niż ostatnio.
Co miałem jej zaśpiewać? Na pewno nie żadną z naszych piosenek. Jedyna, która siedziała mi w głowie od dłuższego czasu, mogła sprawić, że Fay znów się uśmiechnie. Czego pragnąłem najbardziej na świecie.
- 'What somebody like you doin' in a place like this?' * - zacząłem i wiedziałem, że trafiłem w samo sedno. Nie wiem, czy to tej piosenki chciała wysłuchać, ale była ona w mojej tonacji. Zero kłopotów. No może poza tym, że śpiewanie szeptem nie wychodziło mi najlepiej. Wiem, że to dziwne, ale starałem się robić to jak najprofesjonalniej. - 'Say did you come alone...'
W rytm głaskałem moją najlepszą przyjaciółkę po twarzy, a na jej ustach pojawił się przepiękny uśmiech. Sprawiał jej wiele trudu, ale dawał mi niezmierną satysfakcję.
Cholernie pięknie się uśmiechasz, wiesz? - pomyślałem.
Kontynuując piosenkę nie mogłem oderwać się od patrzenia na jej twarz. Jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć? Jak wielkie musiałem mieć klapki na oczach, żeby nie spostrzec piękna dziewczyny, którą miałem na wyciągnięcie ręki? Co jest ze mną nie tak, że pozwoliłem mojemu najlepszemu przyjacielowi na zabranie mi takiej kobiety sprzed nosa?
- Tyle wystarczy? -szepnąłem jej na ucho, gdy skończyłem śpiewać. Czułem zapach jej szamponu, ale bliżej nie potrafiłem określić jego zapachu.
Znowu jęknęła. To chyba znaczy, że mam powrócić do zakończonej przed chwilą czynności. W mojej głowie panowała pustka. Głęboko w pamięci starałem się odszukać jakiejś idealnej piosenki. Takiej, która wpasowałaby się w moje odkrycie. To, którego przed chwilą dokonałem.
- 'I'm broken. Do you hear me? I'm blinded cause you are everything I see. I'm dancing alone. I'm praying that your heart will just turn around.' **
Oddałem się swojej pasji, zapominając o całym świecie. Liczyło się tylko to, że Fay leżała praktycznie nieprzytomna u mojego boku, a ja nic nie mogłem z tym zrobić. Pomiędzy zwrotkami wsłuchiwałem się w jej miarowy oddech sprawdzając czy wciąż życie. No bo nie wiedziałem co jej dolega. A w tym stanie wszystko jest możliwe. - I've never had the words to say, but now I'm asking you to stay for little while inside my arms. And as you close your eyes tonight I'm praying you will see the light that shining from a stars above.'
Nie potrafiłem się już powstrzymać. Zbyt długo siedziałem w nią wpatrzony nic nie robiąc. Nie oddam jej nikomu bez walki. W końcu byłem jej najbliższy z całego zespołu, no nie? To ze mną przesiadywała najdłużej i to dla mnie zarywała noce, żeby pogadać o jakichś bzdetach. A jednak.
Przestałem śpiewać i nachyliłem się nad dziewczyną. Czułem jej miarowy oddech. Wyglądała jak Śpiąca Królewna. Delikatnie zetknąłem swoje usta z jej. Poczułem jak Fay powoli rozwiera wargi zgadzając się na taki przebieg wydarzeń. Także trwaliśmy w tym jakże niezręcznym dla mnie położeniu. Ale nie był to nasz 'pierwszy raz', choć jestem święcie przekonany, że conajmniej tak powinien on wyglądać.
Nie chciałem też, żeby ten mój wcale nieprzemyślany wyskok zrujnował naszą przyjaźń. Bo nie licząc chłopaków była to moja najdłuższa znajomość, na której mi naprawdę zależało. Ale czy my się w ogóle przyjaźniliśmy? Przecież na każdym kroku okłamywałem ją jak tylko się dało, a ona, albo tego nie zauważała, albo nie chciała zauważać. I nie wiem, która opcja byłaby dla mnie wygodniejsza. Ale to nie było teraz istotne.
Oderwałem się od ust dziewczyny z lekkim niezadowoleniem.
- Zayn - dobiegł mnie jej cieniutki głos. - Dlaczego to zrobiłeś?
- Ja... - Zacząłem, ale zaciąłem się po pierwszym wypowiedzianym słowie.
Nie wiem dlaczego. Może powodem było to, że zdałem sobie sprawę, że znaczysz dla mnie więcej, niż przyjaciółka dla przyjaciela.
- Z litości? - spytała mnie cicho.
- Nie, co ty. Nie z litości - tłumaczyłem się, lecz w mojej głowie nie było żadnego sensownego usprawiedliwienia.
- To dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego dałeś mi poczuć smak twoich ust? Dlaczego?
W końcu na nią spojrzałem. Jej głowa przechylona była w moją stronę, a zaszklone oczy szeroko otwarte. Łzy powolnie spływały po jej twarzy dodając jej połysku.
- Uspokój się - szepnąłem i zacząłem ścierać mokre strużki cieknące po jej policzkach.
Ale ona znalazła wystarczająco dużo siły, żeby odrzucić moją rękę i podnieść się z mojego łóżka. Zeszła z niego, praktycznie na czworakach, i wybiegła za drzwi. Mój refleks nie zadziałał tak jak powinien. Trochę za późno wstałem z kolan i ruszyłem za nią. Z trudem szarpałem się z zatrzaskowymi drzwiami do naszego mieszkania. Kto wymyślił takie cholerstwo? - przeklinałem w myślach. W końcu otworzyłem je i wybiegłem na klatkę schodową. Winda właśnie się zamykała i jedyne co przyszło mi do głowy to:
- Schody! - krzyknąłem sam do siebie. Zeskakiwałem po kilka stopni, żeby przyspieszyć swoje ruchy. Dwa piętra dalej zacząłem walić w guziczek do windy, by się zatrzymała, ale najwyraźniej była już niżej. Czułem się, jakbym był conajmniej wilkiem, a Fay uciekającą sarenką. Las pełen pułapek.
Kolejne dwa piętra bez większych niespodzianek, jednak nie poddawałem się czegoś innego. W końcu dałem sobie z tym spokój i jak najszybciej chciałem znaleźć się na dole. Jeszcze tylko chwila, Zayn, i będziesz na parterze, pomyślałem. Gdy już się tam znalazłem drzwi windy otworzyły się.
Moim oczom ukazał się najgorszy widok na świecie. Leżąca na ziemi Fay.
____
* If we ever meet again - Timberland
** More than this - One Direction
W końcu go przepisałam. Bardzo przepraszam x ;)
No i ustawiłam, że można dodawać komentarze anonimowo, więc do dzieła. :)
Miłego czytania ;D
I z góry mówię, że nie wiem kiedy pojawi się nowy... hahaha <33
Starając przewrócić się na prawy bok wydałam z siebie zduszony jęk. Tylko brakowało, żebym spadła z tego, na czym leżę i moje życie od razu stałoby się zabawniejsze. No i ironia odegrałaby w nim wielką rolę.
- Czy ona się obudziła? - usłyszałam znajomy, zatroskany głos. Jednak nie potrafiłam dopasować go do twarzy. Im bardziej wytężałam umysł, tym większy zadawałam sobię ból. Także zaprzestałam wszelkich starań, bo nie przecież nie jestem masochistką, no nie?
- Wyglada na to, że powoli dochodzi do siebie.
Kolejny znajomy głos, kolejna pustka w głowie. Czy ktoś zrobił mi pranie mózgu?! - krzyczałam w myślach. Gdybym tylko mogła otworzyć oczy, usiąść i po prostu pogadać z tymi dwoma facetami, którzy, jak mniemam, nachylali się nade mną. Czułam ich oddech na mojej szyji.
- Zostawicie ją w spokoju - odezwał się trzeci głos. Kolejny niemniej znany od dwóch pozostałych. - Dziewczyna musi mieć jak największy dostęp do świerzego powietrza. - Mój gość. Jeśli w tym momencie mnie 'bronił', miał chłopak u mnie dodatkow punkt.
- To może ja otworzę jeszcze kilka okien, co? - zaoferował się pierwszy.
- Nie bo nam się zaziębi - odparł drugi.
- A ty skąd możesz wiedzieć takie rzeczy? - wykłócał się znowu.
- Bo przechodziłem kurs pierwszej pomocy!
Cholera. Kto przechodził kurs pierwszej pomocy? Ja wiem kto. Ja go znam. Już mi o tym kiedyś wspominał. Tak, wysoki szatyn o bursztynowych tęczówkach. Tylko jak on miał na imię? Zick? Zac?
- Zayn! - wykrzknął trzeci głos. - Błagam cię, uspokój się. Przecież nic jej nie będzie.
- Zawsze tylko 'Zayn to, Zayn tamto'. Mam już tego dosyć. Przynajmniej ty mógłbyś mnie w tym momencie nie upominać.
Tak, to Zayn robił ten kurs. Jeszcze chwila, a przypomnę sobie dwa pozostałe imiona. A raczej oni mi je przypomną.
- Idę się czegoś napić - usłyszałam drugiego. - Kilka głębszych pozwoli zapomnieć mi o tej całej naszej nieudanej randce.
- Niall - powiedział trzeci. - Nie waż się przychodzić tutaj pijany. Jeśli masz zamiar się nawalić, to zrób coś dla nas i przenocuj w hotelu.
Ciężkie, oddalające się kroki.
- A i zapomniałem o jednym - dodał jeszcze. - Tylko nie skończ w łózku z jakąś prostytutką. Bo będziesz później żałował.
Tuż obok mojego ucha usłyszałam zduszony chichot. To pewnie Zayn. Jego piękny śmiech przyprawił mnie o przyjemnie dreszcze.
- Liam - powiedział chłopak siedzący tuż obok mnie. - A ty przypadkiem nie wybierałeś się do Danielle?
- O Jezu! Na śmierć zapomniałem - wykrzykiwał 'Liam'. - Mam nadzieję, że mnie nie zabije.
Głośne trzaśnięcie drzwiami. Poczułam zimny powiew. Okropny dreszcz przeszył mnie aż do stóp. Cicho jęknęłam.
- Fay... - zaczął cichutko Zayn. - Fay, słyszysz mnie?
Wydałam z siebie zgłuszony pomruk.
- Jeśli mnie słyszysz, to nie wysilaj się, żeby coś mówić. Po prostu leż. Wiesz.... Zemdlałaś tam na dachu... Martwiliśmy się o ciebie. Ale już wszystko w porządku.
Jego słowa działały kojąco na ten nieznośny ból głowy.
- Zaraz wracam - usłyszałam.
Momentalnie otworzyłam oczy i podniosłam rękę, żeby złapać jego dłoń. Jednak odmówiła mi posłuszeństwa. Spojrzałam w górę, ale nic nie widziałam. Kompletna ciemność. Jeszcze chwila i zwariuje, pomyślałam. Poddałam się i opuściłam powieki.
- Fay... - znów usłyszałam jak jedwabiście przeciąga moje imię.
Podniósł moją dłoń, która przez krótką chwilę spoczywała na podłodze i położył ją obok mnie. Ale jednak nie puszczał jej, jakby bał się, że mu ucieknę. Huh, przecież to on właśnie uciekał mi.
- Nie odchodź - ledwo wyszeptałam.
Na swoim policzku poczułam delikatne łaskotanie. Domyśliłam się, że to palce Zayna mnie smyrają.
- Ciiii - uspokoił mnie i znów połaskotał mnie po twarzy, a ja odpowiedziałam delikatnym uśmiechem.
- Zaśpiewasz mi coś? - zapytałam, wysilając się bardziej niż ostatnio.
Co miałem jej zaśpiewać? Na pewno nie żadną z naszych piosenek. Jedyna, która siedziała mi w głowie od dłuższego czasu, mogła sprawić, że Fay znów się uśmiechnie. Czego pragnąłem najbardziej na świecie.
- 'What somebody like you doin' in a place like this?' * - zacząłem i wiedziałem, że trafiłem w samo sedno. Nie wiem, czy to tej piosenki chciała wysłuchać, ale była ona w mojej tonacji. Zero kłopotów. No może poza tym, że śpiewanie szeptem nie wychodziło mi najlepiej. Wiem, że to dziwne, ale starałem się robić to jak najprofesjonalniej. - 'Say did you come alone...'
W rytm głaskałem moją najlepszą przyjaciółkę po twarzy, a na jej ustach pojawił się przepiękny uśmiech. Sprawiał jej wiele trudu, ale dawał mi niezmierną satysfakcję.
Cholernie pięknie się uśmiechasz, wiesz? - pomyślałem.
Kontynuując piosenkę nie mogłem oderwać się od patrzenia na jej twarz. Jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć? Jak wielkie musiałem mieć klapki na oczach, żeby nie spostrzec piękna dziewczyny, którą miałem na wyciągnięcie ręki? Co jest ze mną nie tak, że pozwoliłem mojemu najlepszemu przyjacielowi na zabranie mi takiej kobiety sprzed nosa?
- Tyle wystarczy? -szepnąłem jej na ucho, gdy skończyłem śpiewać. Czułem zapach jej szamponu, ale bliżej nie potrafiłem określić jego zapachu.
Znowu jęknęła. To chyba znaczy, że mam powrócić do zakończonej przed chwilą czynności. W mojej głowie panowała pustka. Głęboko w pamięci starałem się odszukać jakiejś idealnej piosenki. Takiej, która wpasowałaby się w moje odkrycie. To, którego przed chwilą dokonałem.
- 'I'm broken. Do you hear me? I'm blinded cause you are everything I see. I'm dancing alone. I'm praying that your heart will just turn around.' **
Oddałem się swojej pasji, zapominając o całym świecie. Liczyło się tylko to, że Fay leżała praktycznie nieprzytomna u mojego boku, a ja nic nie mogłem z tym zrobić. Pomiędzy zwrotkami wsłuchiwałem się w jej miarowy oddech sprawdzając czy wciąż życie. No bo nie wiedziałem co jej dolega. A w tym stanie wszystko jest możliwe. - I've never had the words to say, but now I'm asking you to stay for little while inside my arms. And as you close your eyes tonight I'm praying you will see the light that shining from a stars above.'
Nie potrafiłem się już powstrzymać. Zbyt długo siedziałem w nią wpatrzony nic nie robiąc. Nie oddam jej nikomu bez walki. W końcu byłem jej najbliższy z całego zespołu, no nie? To ze mną przesiadywała najdłużej i to dla mnie zarywała noce, żeby pogadać o jakichś bzdetach. A jednak.
Przestałem śpiewać i nachyliłem się nad dziewczyną. Czułem jej miarowy oddech. Wyglądała jak Śpiąca Królewna. Delikatnie zetknąłem swoje usta z jej. Poczułem jak Fay powoli rozwiera wargi zgadzając się na taki przebieg wydarzeń. Także trwaliśmy w tym jakże niezręcznym dla mnie położeniu. Ale nie był to nasz 'pierwszy raz', choć jestem święcie przekonany, że conajmniej tak powinien on wyglądać.
Nie chciałem też, żeby ten mój wcale nieprzemyślany wyskok zrujnował naszą przyjaźń. Bo nie licząc chłopaków była to moja najdłuższa znajomość, na której mi naprawdę zależało. Ale czy my się w ogóle przyjaźniliśmy? Przecież na każdym kroku okłamywałem ją jak tylko się dało, a ona, albo tego nie zauważała, albo nie chciała zauważać. I nie wiem, która opcja byłaby dla mnie wygodniejsza. Ale to nie było teraz istotne.
Oderwałem się od ust dziewczyny z lekkim niezadowoleniem.
- Zayn - dobiegł mnie jej cieniutki głos. - Dlaczego to zrobiłeś?
- Ja... - Zacząłem, ale zaciąłem się po pierwszym wypowiedzianym słowie.
Nie wiem dlaczego. Może powodem było to, że zdałem sobie sprawę, że znaczysz dla mnie więcej, niż przyjaciółka dla przyjaciela.
- Z litości? - spytała mnie cicho.
- Nie, co ty. Nie z litości - tłumaczyłem się, lecz w mojej głowie nie było żadnego sensownego usprawiedliwienia.
- To dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego dałeś mi poczuć smak twoich ust? Dlaczego?
W końcu na nią spojrzałem. Jej głowa przechylona była w moją stronę, a zaszklone oczy szeroko otwarte. Łzy powolnie spływały po jej twarzy dodając jej połysku.
- Uspokój się - szepnąłem i zacząłem ścierać mokre strużki cieknące po jej policzkach.
Ale ona znalazła wystarczająco dużo siły, żeby odrzucić moją rękę i podnieść się z mojego łóżka. Zeszła z niego, praktycznie na czworakach, i wybiegła za drzwi. Mój refleks nie zadziałał tak jak powinien. Trochę za późno wstałem z kolan i ruszyłem za nią. Z trudem szarpałem się z zatrzaskowymi drzwiami do naszego mieszkania. Kto wymyślił takie cholerstwo? - przeklinałem w myślach. W końcu otworzyłem je i wybiegłem na klatkę schodową. Winda właśnie się zamykała i jedyne co przyszło mi do głowy to:
- Schody! - krzyknąłem sam do siebie. Zeskakiwałem po kilka stopni, żeby przyspieszyć swoje ruchy. Dwa piętra dalej zacząłem walić w guziczek do windy, by się zatrzymała, ale najwyraźniej była już niżej. Czułem się, jakbym był conajmniej wilkiem, a Fay uciekającą sarenką. Las pełen pułapek.
Kolejne dwa piętra bez większych niespodzianek, jednak nie poddawałem się czegoś innego. W końcu dałem sobie z tym spokój i jak najszybciej chciałem znaleźć się na dole. Jeszcze tylko chwila, Zayn, i będziesz na parterze, pomyślałem. Gdy już się tam znalazłem drzwi windy otworzyły się.
Moim oczom ukazał się najgorszy widok na świecie. Leżąca na ziemi Fay.
____
* If we ever meet again - Timberland
** More than this - One Direction
W końcu go przepisałam. Bardzo przepraszam x ;)
No i ustawiłam, że można dodawać komentarze anonimowo, więc do dzieła. :)
Miłego czytania ;D
I z góry mówię, że nie wiem kiedy pojawi się nowy... hahaha <33
sobota, 17 marca 2012
Thirteen.
Nie wiem jak długo siedziałam na tym tarasie. Rodzice chyba dwa razy wołali mnie na obiad, ale ja wcale nie byłam głodna. Jedyne co miałam w głowie to chęć zemsty na Fay. Tak. Jeszcze większej od tego, że i tak nie będzie z Zaynem. Jestem w stu procentach pewna. Chciałam pokazać jej jak to jest, gdy nie można być z kimś, kogo się kocha. A tylko dlatego, że twoja nalepsza przyjaciółka myśli, że coś do niego czuje. Zemsta to jedyny powód, dla którego trzymałam się z Fay. Bo tak jak mówi stare przysłowie : trzymaj przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bilżej.
Położyłam się na prawym boku. Bujałam się wolno i rytmicznie. Nawet nie wiem, w którym momencie zasnęłam.
Wszedłem do domu Fay. Nie pukałem, bo w końcu nikt już tak nie robił. Dziewczyna przeważnie krzyczała z góry, że drzwi są otwarte, a my gościliśmy się u niej jak u siebie. W naszym mieszkaniu nie było takiej atmosfery, jaka panowała właśnie tutaj. A Zayn bardzo prosił, abyśmy nie zapraszali jej do nas. Nie wiem czy bał się, że Fay zobaczy nasz bałagan, czy coś. Ale tego nie powinien się wstydzić, bo to on był największym czyścioszkiem z całej piątki.
Nie ściągając butów udałem się w głąb domu, aby wyciągnąć ją z tąd. Usłyszałem jak z góry dobiegają jakieś dźwięki. Poszedłem w tamtą stronę, ale stanąwszy na ostatnim stopniu zrozumiałem, że dziwczyna po prostu śpiewa. I miała całkiem niezły głos.
'When he opens his arms and hold you close tonight,
It just won't feel right
Cause I can love you more than this...'*
Drzwi toalety otworzyły się, a brunetka stanęła ze mną twarzą w twarz w samej bieliźnie. Jej oczy momentalnie rozszerzyły się, a ja mimowolnie spojrzałem w dół. Podniosłem wzrok, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Próbując zakryć się rękami przebiegła szybko do swojego pokoju, który znajdował się za jej plecami, na końcu korytarza. Nie mogłem powstrzymać się od popatrzenia na jej pośladki. To było silniejsze ode mnie. Usłyszałem trzaśnięcie drzwi, a potem głośne:
- Niall! Nie mogłeś mnie uprzedzić, że przyjdziesz?!
- Przepraszam - powiedziałem szybko, nerwowo przeczesując włosy. - Chciałem dokądś cię zabrać, ale masz chyba inne plany, więc wpadnę kiedy indziej.
Odwróciłem się i zacząłem schodzić po schodach. Drzwi od jej pokoju otworzyły się, a ona sama, tym razem ubrana, zatrzymała mnie łapiąc za bark.
- Nie, zaczekaj - zaczęła cicho. - To nie tak, że mam inne plany. Po prostu wystraszyłeś mnie na śmierć - dodała nieco głośniej. - No i do tego nie byłam ubrana.
Jej policzki znów delikatnie się zarumieniły, co nie umknęło mojej uwadze. Spuściła głowę, ale ja podniosłem ją, łapiąc za brodę.
- To masz ochotę gdzieś pójść? - zapytałem.
- Tylko pod warunkiem, że powiesz mi dokąd idziemy - uśmiechnęła się. Nie mogę dać za wygraną. A jeżeli się nie zgodzi, wyciągnę ją z tego domu siłą.
- Nie ma mowy. To jest niespodzianka.
- Nie przepadam za niespodziankami, szczególnie, gdy nie wiem jakiego są rodzaju - powiedziała krzyżując ręce na piersi.
- Myślę, że żeńskiego, liczby pojedynczej.
Boże, co ja piernicze?!
Fay zaśmiała się nerwowo. Podrapałem się w głowę lekko zażenowany. Ale ze mnie głupek. Plotę trzy po trzy.
- Tylko dlatego, że potrafisz mnie tak rozśmieszyć zgodzę się na tą całą 'niespodziankę'. - uniosła ręce w górę i w powietrzu narysowała cudzysłów.
- Zarąbiście - krzyknąłem trochę za głośno, a dziewczyna znów się zaśmiała.
- A powiesz mi przynajmniej jak mam się ubrać?
- Możesz zostać tak jak jesteś.
Stała w dresie i luźnym podkoszulku, a i tak pięknie wyglądała.
- Nie. Poczekaj na dole, a ja zaraz wracam. Ten strój nie jest stosowny nawet do sklepu.
Przeskoczyła kilka schodków i wbiegła do swojego pokoju, a ja wyszedłem na ganek.
Jechaliśmy windą na ostatnie piętro 'naszego' bloku. Wprawdzie całe należało do nas, ale to nie tam chciałem ją zabrać. Planowałem coś bardziej efektownego, coś po czym na pewno zgodzi się zostać moją dziewczyną. Zayn pomógł mi i okazał się przy tym świetnym przyjacielem. Nie zadawał głupich pytań, trochę mi podpowiadał i co najważniejsze, nie wygadał się przed resztą. Za dobrze ich znam, żeby myśleć, że nie śmialiby się ze mnie. Chociaż dwóch z nich miało oficialnie dziewczyny, sądzę, że i tak nabijaliby się ze mnie, aż pękłyby im brzuchy. Tradycyjnie.
Drzwi windy otworzyły się, a ja przepuściłem Fay przodem, żeby mogła spokojnie wyjść. Złapałem ją za rękę, ale ona wcale się nie opierała. Ścisnęła ją mocniej jakby odwzajemniając mój uścisk. Miała taką ciepłą i delikatną dłoń.
Wskazałem na wąską drabinkę prowadzącą wyżej. Myślałem, że nie będzie chciała tam wejść, z obawy przed ubrudzeniem, albo upadkiem. Myliłem się. I jak widać, nie znałem jej za dobrze. Ale to w niczym nie przeszkadzało. Bez słowa stanęła na pierwszym szczebelku, chytając się czwartego. Z gracją wspinała się coraz wyżej, a ja stałem jak jakiś matoł patrząc tam w górę i podziwiając 'widoki'. Przeszła przez otwór i zniknęła mi z pola widzenia. Podążyłem za nią, ale usłyszałem szybkie 'co ty tu robisz?' i zatrzymałem się. Jednak zapomniałem o małym szczególiku. Spojrzałem na zegarek, o mało co nie spadając. Jesteśmy dwadzieścia minut za wcześnie. Cholera.
Gdy wreszcie znalazłem się na dachu naszego bloku ujrzałem Zayna stojącego tuż za czerwonym kocem w kratkę, rozłożonym na betonie. Wpatrwał się w nas zdziwiony. Plan był taki, że on przygotuje wszystko, a ja pojadę po Fay. Ale trochę za szybko się uwinęliśmy.
Obok nogi chłopaka stał prawdziwy wiklinowy koszyk piknikowy, z którego wystawała szyjka butelki wina. Przerzucił wzrok na mnie, a jego mina mówiła 'nie za wcześnie przyszliście?'. Jednak nie dałem zbić się z tropu.
- Zayn - zacząłem oficjalnym tonem. Fay spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. - Dziękuję ci bardzo za przygotowanie tak wspaniałego miejsca na spoczynek.
Ukłoniłem się lekko chłopakowi. Ten ciągle zdezorientowany nie rozgryzł mojej taktyki. Więc szopka trwała dalej.
- Czy mógłbyś pomóc mojej pani zająć miejsce na tym jakże pięknym kocu? - zapytałem z nadzieją, że wreszcie załapie o co mi chodzi. Po jego minie widać było, że zajarzył. Podszedł do Fay i wyciągnął w jej stronę otwartą dłoń, którą ona z uśmiechem na twarzy ujęła. Chłopak podprowadził ją, aż do samego rogu koca, po czym delikatnie zniżył rękę, dając jej do zrozumienia, żeby usiadła. Poczekałem, aż dziewczyna zajmie miejsce i zrobiłem to samo. Zadowolony spojrzałem w jej stronę, ale nie patrzyła na mnie. Z, jak sądzę, zafascynowaniem łaknęła każdy ruch mojego najlepszego przyjaciela, uśmiechała się w jego stronę, ale on zdawał się tego nie zauważać. A może tylko mi się wydawało? Zaraz wszystko się okaże. Zayn wyciągnął z koszyka trunek, po czym rozlał go do dwóch kieliszków. Podał je nam z uśmiecham na twarzy. Skłonił się w naszą stronę i zniknął. Między nami dalej panowała głucha cisza.
- Uroczo tu - powiedziała zadowolona Fay.
- Tak, to naprawdę piękne miejsce. Szczególnie nocą.
Rozmarzonym wzrokiem spojrzałem w jej stronę. Przyglądała mi się, powoli sącząc alkohol. Wyglądała jak mój własny anioł. Anioł właśnie upijający się.
- Skąd znasz to miejsce? - zapytała.
Mieszkamy piętro niżej, pomyślałem. Szkoda tylko, że nie mogę cię tam zabrać. Ale obietnica, to obietnica, a ja zawsze dotrzymuję słowa.
- Pewnien ktoś powiedział mi, że to idealne miejsce na spotkanie. Że tutaj nikt nie będzie nam przeszkadzał. Że spokojnie można przyprowadzić tu kogoś, na kim ci zależy.
- Zależy ci na mnie? - spytała z niedowierzaniem.
- No pewnie, głuptasie. Jak mogłoby mi nie zależeć na tak wspaniałej kobecie, jaką jesteś?
Speszona odwróciła wzrok. Nie chciałem jej wystraszyć.
Wstała i podeszła do barierki. Tylko się nie wychylaj, pomyślałem. Ale ona zdawała się być bardziej pochłonięta oglądaniem neonowych napisów, niż myślami samobójczymi. Chociaż stała odrócona do mnie plecami, wiedziałem, że się uśmiecha. Jej ramiona delikatnie uniosły się a ona sama zrobiła obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Jej twarz momentalnie pobladła. Jedną ręką złapała się barierki, a jej nogi ugięły się pod nią. Jakimś cudem miękko wylądowała na betonie.
Zemdlała.
___
* One Direction - More Than This
Położyłam się na prawym boku. Bujałam się wolno i rytmicznie. Nawet nie wiem, w którym momencie zasnęłam.
Wszedłem do domu Fay. Nie pukałem, bo w końcu nikt już tak nie robił. Dziewczyna przeważnie krzyczała z góry, że drzwi są otwarte, a my gościliśmy się u niej jak u siebie. W naszym mieszkaniu nie było takiej atmosfery, jaka panowała właśnie tutaj. A Zayn bardzo prosił, abyśmy nie zapraszali jej do nas. Nie wiem czy bał się, że Fay zobaczy nasz bałagan, czy coś. Ale tego nie powinien się wstydzić, bo to on był największym czyścioszkiem z całej piątki.
Nie ściągając butów udałem się w głąb domu, aby wyciągnąć ją z tąd. Usłyszałem jak z góry dobiegają jakieś dźwięki. Poszedłem w tamtą stronę, ale stanąwszy na ostatnim stopniu zrozumiałem, że dziwczyna po prostu śpiewa. I miała całkiem niezły głos.
'When he opens his arms and hold you close tonight,
It just won't feel right
Cause I can love you more than this...'*
Drzwi toalety otworzyły się, a brunetka stanęła ze mną twarzą w twarz w samej bieliźnie. Jej oczy momentalnie rozszerzyły się, a ja mimowolnie spojrzałem w dół. Podniosłem wzrok, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Próbując zakryć się rękami przebiegła szybko do swojego pokoju, który znajdował się za jej plecami, na końcu korytarza. Nie mogłem powstrzymać się od popatrzenia na jej pośladki. To było silniejsze ode mnie. Usłyszałem trzaśnięcie drzwi, a potem głośne:
- Niall! Nie mogłeś mnie uprzedzić, że przyjdziesz?!
- Przepraszam - powiedziałem szybko, nerwowo przeczesując włosy. - Chciałem dokądś cię zabrać, ale masz chyba inne plany, więc wpadnę kiedy indziej.
Odwróciłem się i zacząłem schodzić po schodach. Drzwi od jej pokoju otworzyły się, a ona sama, tym razem ubrana, zatrzymała mnie łapiąc za bark.
- Nie, zaczekaj - zaczęła cicho. - To nie tak, że mam inne plany. Po prostu wystraszyłeś mnie na śmierć - dodała nieco głośniej. - No i do tego nie byłam ubrana.
Jej policzki znów delikatnie się zarumieniły, co nie umknęło mojej uwadze. Spuściła głowę, ale ja podniosłem ją, łapiąc za brodę.
- To masz ochotę gdzieś pójść? - zapytałem.
- Tylko pod warunkiem, że powiesz mi dokąd idziemy - uśmiechnęła się. Nie mogę dać za wygraną. A jeżeli się nie zgodzi, wyciągnę ją z tego domu siłą.
- Nie ma mowy. To jest niespodzianka.
- Nie przepadam za niespodziankami, szczególnie, gdy nie wiem jakiego są rodzaju - powiedziała krzyżując ręce na piersi.
- Myślę, że żeńskiego, liczby pojedynczej.
Boże, co ja piernicze?!
Fay zaśmiała się nerwowo. Podrapałem się w głowę lekko zażenowany. Ale ze mnie głupek. Plotę trzy po trzy.
- Tylko dlatego, że potrafisz mnie tak rozśmieszyć zgodzę się na tą całą 'niespodziankę'. - uniosła ręce w górę i w powietrzu narysowała cudzysłów.
- Zarąbiście - krzyknąłem trochę za głośno, a dziewczyna znów się zaśmiała.
- A powiesz mi przynajmniej jak mam się ubrać?
- Możesz zostać tak jak jesteś.
Stała w dresie i luźnym podkoszulku, a i tak pięknie wyglądała.
- Nie. Poczekaj na dole, a ja zaraz wracam. Ten strój nie jest stosowny nawet do sklepu.
Przeskoczyła kilka schodków i wbiegła do swojego pokoju, a ja wyszedłem na ganek.
Jechaliśmy windą na ostatnie piętro 'naszego' bloku. Wprawdzie całe należało do nas, ale to nie tam chciałem ją zabrać. Planowałem coś bardziej efektownego, coś po czym na pewno zgodzi się zostać moją dziewczyną. Zayn pomógł mi i okazał się przy tym świetnym przyjacielem. Nie zadawał głupich pytań, trochę mi podpowiadał i co najważniejsze, nie wygadał się przed resztą. Za dobrze ich znam, żeby myśleć, że nie śmialiby się ze mnie. Chociaż dwóch z nich miało oficialnie dziewczyny, sądzę, że i tak nabijaliby się ze mnie, aż pękłyby im brzuchy. Tradycyjnie.
Drzwi windy otworzyły się, a ja przepuściłem Fay przodem, żeby mogła spokojnie wyjść. Złapałem ją za rękę, ale ona wcale się nie opierała. Ścisnęła ją mocniej jakby odwzajemniając mój uścisk. Miała taką ciepłą i delikatną dłoń.
Wskazałem na wąską drabinkę prowadzącą wyżej. Myślałem, że nie będzie chciała tam wejść, z obawy przed ubrudzeniem, albo upadkiem. Myliłem się. I jak widać, nie znałem jej za dobrze. Ale to w niczym nie przeszkadzało. Bez słowa stanęła na pierwszym szczebelku, chytając się czwartego. Z gracją wspinała się coraz wyżej, a ja stałem jak jakiś matoł patrząc tam w górę i podziwiając 'widoki'. Przeszła przez otwór i zniknęła mi z pola widzenia. Podążyłem za nią, ale usłyszałem szybkie 'co ty tu robisz?' i zatrzymałem się. Jednak zapomniałem o małym szczególiku. Spojrzałem na zegarek, o mało co nie spadając. Jesteśmy dwadzieścia minut za wcześnie. Cholera.
Gdy wreszcie znalazłem się na dachu naszego bloku ujrzałem Zayna stojącego tuż za czerwonym kocem w kratkę, rozłożonym na betonie. Wpatrwał się w nas zdziwiony. Plan był taki, że on przygotuje wszystko, a ja pojadę po Fay. Ale trochę za szybko się uwinęliśmy.
Obok nogi chłopaka stał prawdziwy wiklinowy koszyk piknikowy, z którego wystawała szyjka butelki wina. Przerzucił wzrok na mnie, a jego mina mówiła 'nie za wcześnie przyszliście?'. Jednak nie dałem zbić się z tropu.
- Zayn - zacząłem oficjalnym tonem. Fay spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. - Dziękuję ci bardzo za przygotowanie tak wspaniałego miejsca na spoczynek.
Ukłoniłem się lekko chłopakowi. Ten ciągle zdezorientowany nie rozgryzł mojej taktyki. Więc szopka trwała dalej.
- Czy mógłbyś pomóc mojej pani zająć miejsce na tym jakże pięknym kocu? - zapytałem z nadzieją, że wreszcie załapie o co mi chodzi. Po jego minie widać było, że zajarzył. Podszedł do Fay i wyciągnął w jej stronę otwartą dłoń, którą ona z uśmiechem na twarzy ujęła. Chłopak podprowadził ją, aż do samego rogu koca, po czym delikatnie zniżył rękę, dając jej do zrozumienia, żeby usiadła. Poczekałem, aż dziewczyna zajmie miejsce i zrobiłem to samo. Zadowolony spojrzałem w jej stronę, ale nie patrzyła na mnie. Z, jak sądzę, zafascynowaniem łaknęła każdy ruch mojego najlepszego przyjaciela, uśmiechała się w jego stronę, ale on zdawał się tego nie zauważać. A może tylko mi się wydawało? Zaraz wszystko się okaże. Zayn wyciągnął z koszyka trunek, po czym rozlał go do dwóch kieliszków. Podał je nam z uśmiecham na twarzy. Skłonił się w naszą stronę i zniknął. Między nami dalej panowała głucha cisza.
- Uroczo tu - powiedziała zadowolona Fay.
- Tak, to naprawdę piękne miejsce. Szczególnie nocą.
Rozmarzonym wzrokiem spojrzałem w jej stronę. Przyglądała mi się, powoli sącząc alkohol. Wyglądała jak mój własny anioł. Anioł właśnie upijający się.
- Skąd znasz to miejsce? - zapytała.
Mieszkamy piętro niżej, pomyślałem. Szkoda tylko, że nie mogę cię tam zabrać. Ale obietnica, to obietnica, a ja zawsze dotrzymuję słowa.
- Pewnien ktoś powiedział mi, że to idealne miejsce na spotkanie. Że tutaj nikt nie będzie nam przeszkadzał. Że spokojnie można przyprowadzić tu kogoś, na kim ci zależy.
- Zależy ci na mnie? - spytała z niedowierzaniem.
- No pewnie, głuptasie. Jak mogłoby mi nie zależeć na tak wspaniałej kobecie, jaką jesteś?
Speszona odwróciła wzrok. Nie chciałem jej wystraszyć.
Wstała i podeszła do barierki. Tylko się nie wychylaj, pomyślałem. Ale ona zdawała się być bardziej pochłonięta oglądaniem neonowych napisów, niż myślami samobójczymi. Chociaż stała odrócona do mnie plecami, wiedziałem, że się uśmiecha. Jej ramiona delikatnie uniosły się a ona sama zrobiła obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Jej twarz momentalnie pobladła. Jedną ręką złapała się barierki, a jej nogi ugięły się pod nią. Jakimś cudem miękko wylądowała na betonie.
Zemdlała.
___
* One Direction - More Than This
poniedziałek, 5 marca 2012
Doce.
Bardzo proszę o komentarze, bo nie wiem ile osób to czyta, a ile wpada tutaj przypadkowo.... Z góry dziękuję :)
Wybiegłam z domu. Dziwacznie, ale dość szybko przeskoczyłam furtkę. Nie było czasu na myślenie. Musiałam po prostu uciec. Jak najdalej od tej osoby. Biegłam wzdłuż ulicy, po której nie jeździły żadne samochody. Super! Londyn właśnie zasnął, co było ewenementem. Większość latarnii pogasła. Wytężając wzrok starałam się uważać, gdzie stąpam. Jeszcze tylko brakowało skręconej kostki, a wtedy byłoby całkowicie po mnie. Skręciłam za jednym z bloków i wskoczyłam za krzaki. Kucnęłam mocno się dusząc. Za moimi plecami usłyszałam dość głośne sapanie. Nie chciałam się odwracać. Nie mogłam tego zrobić. Ale mimo to wstalam z kolan i wyprostowałam plecy. Musiałam stawić mu czoło, bez względu na to kim był. Ze wzrokiem wbitym w ziemię powoli się obróciłam. Widziałam jego ubłocone buty, poplamione gdzie niegdzie trawą spodnie i podartą podkoszulkę. Złapał mnie za ramiona. Zaczął potrząsać mną, ale niezbyt kontaktowałam. Jak w transie podniosłam głowę wyżej i ujrzałam te piękne, brązowe oczy...
Wstałam znów cała mokra. Kropelki potu spływały po moim czole. To było obrzydliwe. Usiadłam na łózku. Zaraz... Na łóżku? jakim cudem ja się tu znalazłam? Wydawalo mi się, że zasypiałam na kanapie, a tuż obok mnie siedział...
- Zayn! - krzyknęłam wstając, ale odpowiedziła mi tylko głucha cisza. No tak, pomyślałam, już się ulotnił. A może wcale tu nie spał? Stałam na dywanie w moim pokoju. W pewnym momencie nogi ugięły się pode mną, a ja wylądowałam na podłodze. Co się z tobą dzieje, Fay, do cholery?! Chyba jesteś jakaś niepełnosprytna umysłowa, czy coś. Żeby myśleć o kimś, kto nawet nie zwraca na ciebie uwagi? Pieprz tego cholernego, zapatrzonego w siebie egoistę. Musisz ruszyć dalej. Na świecie jest przecież tyle fajnych chłopaków, których nasz na wyciągnięcie ręki.
- Tylko, że ja nie chcę innych! - krzyczałam do siebie i rozpłakałam się. Nie wiem ile czasu leżałam tm wtedy, na tej podłodze, ale wiem jedno. Wstałam z niej bardziej pewna, co do rzeczy, które postanowiłam wykonać. Może i nie będzie najłatwiej, ale nadzieja matką głupich. A ja nie byłam najmądrzejszą osobą na świecie.
Obudziły mnie promienie słońca, przedzierające się przez nieszczelnie zaciągnięte zasłony. Przetarłam oczy i podniosłam się z mojego, jakże wielkiego łóżka. Ta noc była jedną z najcięższych w moim życiu. Te wszystkie wspomnienia wróciły do mnie niczym coroczne fale tsunami nawiedzające wschodnie wybrzeża Azji. Jednym ruchem zgarnęłam lusterko, leżące na stoliku obok. Uniosłam je w kierunku twarzy, by zobaczyć szczątki swojej niecodziennej urody. W odbiciu ujrzałam całkiem inną osobę. Przekrwione oczy, zaczerwieniony, od kataru, nos i rozczochrane włosy. Jeszcze tylko brodawka obok ust i mogę brać udział w castingu na wiedźmę roku.
Wstałam i udałam się do łazienki. Wzięłam pożądny prysznic, delikatnie przemywając oczy. Z kabiny wyszłam ociekając wodą, która plamiła idealnie czyste kafelki. Sprzątaczki się postarały. Nie patrząc w lustro otworzyłam drzwi łączące toaletę z moim małym królestwem. Dobra, małe to ono nie było. Ale takie są zalety mieszkania w willi. Bez pośpiechu, zawinięta ręcznikiem rozsunęłam żaluzje, amój pokój rozświetliły długie promienie słoneczne. Pomimo tego, że było już pewnie południe, prze wysokie okna wciąż można było ujrzeć najjaśniejszą gwiazdę naszej galaktyki. Podeszłam do jednej z dębowych komód i wysunęłam pierwszą szufladę. Moim oczom ukazały się idealnie poskładane, letnie ubrania. Po lewej poukładane kolorystycznie, zaś po prawej dokładnie te same ułożone ze względu na cenę. Uwielbiałam mieć porządek. Zupełnie jak Fay. Tylko ona musiała robić go sama, a ja miałam od tego służbę.
Moja 'przyjaciólka' myśli, że może mieć wszystko. Widziałam, jak tymi swoimi oczkami pożerała Zayna. Ale ja nie zamierzam się nim dzielić, nawet jak nie ma mnie w pobliżu. A załatwiłam to wszystko w Angli, jednym spojrzeniem, jednym słowem, a gdy mnie zobaczył, wiem, że oszalał na moim punkcie. Takie rzeczy się wie.
Założyłam starannie dobrane dzień wcześniej ubrania. Wróciłam do łazienki pomalować się, bo przecież nie pokażę się matce w takim stanie. Gdy wykonałam wszystkie niezbędne czynności, zeszłam do salonu, w którym, na sofie, siedziały już dwie osoby. Rozpoznałam w nich moich rodziców.Ojciec, dobrze zbudowany mężczyzna o ostrych rysach twarzy czytał jakiś dziennik. Mało ciekawe zajęcie. matkaoglądając paznokcie na zmianę z przeglądaniem się w lusterku wyglądała komicznie. Co chwila cmokała z niezadowoleniem ustami i tupała nigami,na których znajdowały się nowe, jak przypuszczam, pantofelki.
- Dzień dobry - przywitałam się, jak przystoi na właścicielkę tego domu. tak, cały budynek wraz z plantacją winorośli i polami wokół należał do mnie. Kochana babunia wybrała odpowiednią osobę w swoim testamencie.
- Dzień dobry, kochanie - odpowiedzieli równocześnie rodzice. - Co sobie życzysz na śniadanie? Naleśniki?
Spojrzałam w stronę drzwi do kuchni, po której na pewno krzątała się już kucharka szykując obiad. Nie odpowiedziałam rodzicom, wiem, że to niegrzecznie, ale szczerze mam to w dupie. Weszłam przez obrotowe drzwi i bez żadnego słowa udałam się prosto do lodówki. Wyciągnęłam karton z mlekiem i odstawiłam na blat. Przeszłam na drugą stronę powieszczenia, żeby wziąć miseczkę. kto urządził tak beznadziejnie to miejsce? Bezsensu! Wróciłam do mleka i płatków wskakując na szafki. Zajadałam się śniadaniem patrząc na naszą pracownicę. Żanada. Ale ponoć żadna praca nie chańbi. No cóż, u kogoś w domu to ja nigdy nie będę pracowała. Nie ma mowy.
Zeskoczyłam z półki, zostawiając na niej niedojedzone śniadanie. Nie martwiłam się o to, kto je posprząta. Wyszłam z kuchni i skierowałam się w stronę tarasu. Najpiękniejszy widok, to ten z zachodniej strony. Ale jeszcze dużo czasu, aż zajdzie Słońce. Przeszłam przez zwiewne, aksamitne, białe zasłony lekko podwiewane przez wiatr. Stąpałam po ciepłych od promieni słonecznych, kostkach bruku, wyłożonego na podwórku. Usiadłam na huśtawce lekko odpychając się nogami. Poddałam się temu, umilając sobie, jak zresztą zawsze, nudny dzień. Wiatr delikatnie łaskotał mnie w twarz, dając uczucię jakiegoś niezidentyfikowanego bezpieczeństwa.
Siedziałem na podłodze, na przeciwko wielkich luster i drążków przymocowanych na ścianie. Pot ściekał mi po czole. Co jakiś czas wycierałem je wierzchem dłoni.
Położyłem się na plecach głęboko wdychając powietrze. W tym momencie chciałem po prostu o niczym nie myśleć, ale nie potrafiłem. Przez myśli przebiegało mi z milion obrazów na sekundę. W większości była to Cassie. Ale również wiele chwil spędzonych przy Fay. Szczególnie te sam na sam.
Usłyszałem skrzypnięcie drzwi za moją głowę. Ułożyłem ją w dziwnej pozycji, żeby zobaczyć kto wszedł. Blond włosy.... A, to Niall. Ciekawe po co się wrócił.
- Cześć stary... - zaczął Irlanczyk. Po jego minie wywnioskowałem, że to coś poważnego.
- No hej - odpowiedziałem. - Zapomniałeś czegoś?
- Nie, po prostu chciałem z tobą pogadać. W mieszkaniu to raczej niemożliwe. Ale nie zbyt wiem pd czego mam zacząc...
- Najlepiej od początku - powiedziałem spokojnie, podnosząc się z podłogi i siadając na krześle w kącie. Uśmiechnąłem się, żeby zachęcić przyjaciela do zwierzenia się.
- Wiesz o tym, że Fay bardzo mi się podoba, prawda? - kiwnąłem głową potwierdzając. Każdy to chyba wiedział. Aż dziwne, bo on chyba też jej się podobał, a jednak nie byli razem. - No więc, chciałem coś zrobić z naszą znajomością. Mam na myśli moją i Fay..... - zatrzymał się i spojrzał na mnie. Widziałem niepewność w jego oczach. Biedaczek na prawdę nie wiedział co miał zrobić. - Chciałbym zapytać ją, czy nie zostanie oficjalnie moją dziewczyną - wykrztusił wreszcie. Zatkało mnie. Nasz Niall? Nasz Niall, członek One Direction, chciał się pytać jakiejkolwiek dziewczyny czy zostanie jego 'wybranką'? A pffff. Bez przesady.
- Co na to powiesz? - otworzyłem usta, ale zaraz je zamknąłem, czując, że nie wypowiem żadnego słowa. Poczułem lekkie ukłucie w okolicach serca. Co ono mogło znaczyć? Tak, to chyba zazdrość. Wiedziałem, że jak będą razem, nie spędzę z Fay tylu chwil razem, że będą nierozłączni i nie będzie już mniejsca na naszą przyjaźń. To uczucie, tej ogarniającej mnie pustki, było najgorszym uczuciem w moim życiu. Nie polecam. Zdecydowanie.
____
W końcu dodałam, przepraszam za błędy, nie było sprawdzane. ale obiecuję, że zrobię to jutro.
Liczę na komentarze ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)